Dąbrowa pod Rzeszowem
Kto chce poznać swą ziemię, musi przejeść ją pieszo – nie autem, nie rowerem – ale z kijem w dłoni. Wszystko piękno zagubią, ci – co wiecznie śpieszą, nic zobaczyć nie może ten, co ciągle goni.
Ulice miasta w brudnym zadyszane kurzu – nigdzie nie ma tu oczom zmęczonym wytchnienia – Bruki, cegły i szare prostokąty murów grobowce żywych – pleśnią obrosłe kamienie.
Lecz tylko miastu brak jest kolorów zieleni – wieś rzeszowska – gdzie pójdziesz – od kwiatów się mieni! Ma ogródek przed oknem prawie każda chata, w bzy, jaśminy, czy malwy – cały rok bogata.
Trzeba iść na wieś wczesnym majowym porankiem, kiedy wszystko śpi, tylko psy szczekają czasem, tylko przed ukwieconym, kolorowym gankiem wyjrzy głowa kobiety, zbudzonej hałasem.
Trzeba widzieć wieś w bieli zakwitłych ogrodów, gdy wiosna pastelami na rosie maluje, gdy na zbożu wiatr rzeźbi falujące schody a brzoza taflę wody warkoczem całuje.
Trzeba iść na wieś latem, podczas sianokosów, lub we żniwa, gdy pracą tętni każde pole, albo, kiedy młocarnie sypią ziarno z kłosów – lub – gdy pod oziminę pługi orzą rolę.
A kiedy minie wreszcie pracowite lato srebrne mgły chłodnym rankiem porozwiesza wrzesień, to brązem i czerwienią ubarwi bogato każdy liść, każde ziele – kolorowa jesień.
Zachód słońca nad złotem prześwietloną strugą, w której się jarzębina zanurza koralem – piękno spragnionym oczom – a gdy zima długa zabieli drogi śniegiem – opuszczam wieś z żalem.