II wojna światowa we wspomnieniach Dąbrowian
Wspomnienie Józefa Długosza urodzonego 1933 r. w Dąbrowie, który w czasie wybuchu wojny miał 6 lat.

Józef Długosz
Wojnę zapamiętałem z bombardowania mostu kolejowego, zwanego wtedy żelaznym mostem. Mieliśmy obok mostu pole, które też zostało zbombardowane. Zginęła na nim pasąca się krowa. To była pierwsza ofiara niemieckiej napaści w Dąbrowie.

Most żelazny (kolejowy)
W samej wsi było słychać drżenie szyb w domach. Wśród mieszkańców zapanowała ogromna panika i strach. Część ludzi z dobytkiem uciekła do ,,Lasku”. Tam byliśmy kilka dni. Pamiętam, że 7 września do wsi przyjechali Niemcy na motorach oraz samochodami. Część jechała przez naszą wieś, część ,,Górnym Gościńcem” a większość armii jechała ,,Cesarskim Gościńcem”, czyli dzisiejszą szosą Sędziszów-Rzeszów.

Lasek
Ludzie bardzo bali się wkraczających Niemców do wsi, nikt ich nie witał. Wszyscy żyli w strachu i zadawali sobie pytanie, co teraz będzie?
W czasie okupacji niemieckiej było we wsi kilka niebezpiecznych incydentów z udziałem Niemców. Poszukiwali oni dziecka żydowskiego w domu rodziny Piętów. Tamtego domu już nie ma. Na szczęście, dziewczynki nie znaleźli i ani jej, ani rodzinie Piętów nic nie zrobiono. Tego domu już nie ma. Nie muszę mówić chyba, że za przechowywanie i ukrywanie Żydów groziła śmierć.
U nas w domu była rewizja niemieckich policjantów. Ktoś doniósł, że mamy nielegalnie zabitą świnie. Niemiecki policjant wyprowadził naszego ojca na podwórze i chciał go w pewnym momencie zastrzelić. Bardzo wtedy płakaliśmy, prosiliśmy niemieckiego policjanta, aby nie zabijał ojca. Może nasz płacz go ujął, złożył on broń na ramię i oddalił się.
Chyba najbardziej dramatyczny moment z udziałem Niemców miał miejsce w lecie 1944 roku podczas wycofywania się wojsk niemieckich pod naporem sowieckiej ofensywy. Niedaleko naszego starego domu stała stodoła Agaty Długosz. Do niej wojsko niemiecko zapędziło kilkunastu mężczyzn z okolicznych domów w charakterze zakładników. W razie próby odbicia ich przez żołnierzy Armii Krajowej mieli oni zginąć. O uwolnienie zakładników zamkniętych w stodole prosiła między innymi nauczycielka –Pani Lalicka, która znała język niemiecki. W stodole był też uwięziony jej mąż. Ostatecznie ta dramatyczna historia zakończyła się szczęśliwie i nikomu nic się nie stało. Wszyscy zostali uwolnieni zgodnie z umową. Należy dodać, że ze stodoły udało się uciec Leonowi Kwaśniakowi, którego drewniany dom stoi do dziś naprzeciwko naszej kapliczki.
Fragment opowiadania nadesłanego przez pana Janusza Irzeńskiego z Lublińca, poświęcony wojennym losom jego ojca – Edwarda Irzeńskiego.
Edek tak jak wszyscy mieszkańcy wsi Dąbrowa był zmuszany do pracy we dworze przejętym przez Niemców, bo żołnierze Wermachtu musieli być dobrze żywieni. Ponadto jak inni zmuszany był do odśnieżania torów kolejowych. Tata opowiadał, jak Niemcy zaatakowali Rosjan w 1941 roku, to transporty wojskowe szły dwoma torami w kierunku wschodnim. Tymi torami też jechali żołnierze niemieccy i włoscy. Ci żołnierze nie wiedzieli nawet, że jadą na front wschodni, szczególnie Włosi. Ojciec opowiadał takie jedno zdarzenie, gdy transport z żołnierzami się zatrzymał i Włosi, gdy dowiedzieli się od Polaków pracujących przy torach, że jadą do Rosji, na wschodni front to płakali i oddawali różne rzeczy dla pracujących niewolników – ubrania, buty, chleb. Niemcy z kolei byli butni i rozbawieni.
Ojciec odśnieżając tory na przełomie 1942 i 1943 roku widział też zimą, jak wracały wagony z frontu wschodniego, pełne sztywnych trupów żołnierzy włoskich i niemieckich. Oni byli zabici i przemarznięci „na kość”. Podczas takiego jednego odśnieżania w 1943 roku zabrano ojca, jego kolegów Kazimierza Ciebierę i Wacława Bassarę do „Baudienst” (Służba Budowlana w Generalnym Gubernatorstwie) do służby budowlanej dla dystryktu krakowskiego. Był to skoszarowany obóz pracy przymusowej dla mieszkańców Generalnej Guberni. Budowali jakiś inny obóz jeniecki. Pracowali w trójkę Edek, Kazek i Wacek. Wacek, któregoś dnia zachorował, grypa albo jakieś przeziębienie i hitlerowiec dał mu zastrzyk. Nie wiadomo było co to za zastrzyk, w każdym bądź razie Edek i Kazek nieśli go na noszach z lazaretu (szpitala) do swojego baraku, to w tym czasie Wacek pogryzł z bólu swój język i zmarł na ich rękach.

Edward Irzeński w Baudienst (pierwszy od góry)
Tata jak to opowiadał, wiele lat później, naszej mamie (Jego siostrze Kasi) to przy tym zawsze płakał. Wacek miał dwadzieścia lat. Niemcy przysłali do domu zawiadomienie, że zmarł na zapalenie płuc. Po tym incydencie Kazek i Edek uciekli z ,,Baudienst” do lasu. Nasz ojciec nie był długo w tym lesie, bo zachorował i partyzanci odwieźli go furmanką do domu z zapaleniem opon mózgowych. Była jesień 1944 roku, a w tym czasie front stanął na ogrodzie u naszych dziadków Irzeńskich. Na ogrodzie przed stodołą stanęły dwie katiusze. W domu dziadków Irzeńskich zakwaterowano rosyjską lekarkę, która uratowała ojca z śmiertelnej wtedy choroby.
Fragment wspomnienia pani Stefani Bassary, pochodzącej z Dąbrowy, która w trakcie pisania tekstu miała 74 lata. Pani Stefania napisała wspomnienie w 60-tą rocznicą przyjazdu ze Wschodu.

Od lewej Stefania Bassara z siostrą Józefą Kocur
Materiał został udostępniony przez wnuczkę – Panią Małgorzatę Steciak zamieszkałą w Warszawie.
Ojciec pracował i mieszkał na Wschodzie w miejscowości Wybranówka, pow. Bóbrka. Tam łatwiej było o pracę, pracował na kolei. W 1931 roku zabrał mamę (z Dąbrowy) na Wschód z dwójką dzieci i trzecim w drodze.
We wrześniu wybuchła wojna, wszystko się zawaliło. Naszym torem kolejowym przejeżdżało najpierw wojsko na front, później z frontu. Ojca na wojnę nie zdążyli wziąć. Na stacji kolejowej w Wybranówce stały zbombardowane pociągi z rannymi, czasami nieżyjącymi ludźmi. Najwięcej było żołnierzy. Co odważniejsze dzieci łaziły po pociągach, opowiadały, co widziały w środku. Nie ma co opisywać – zgroza.
Do nas przyszli Niemcy, później 17 września „oswobodzili” nas Rosjanie. Widziałam uciekających przed „oswobodzicielami” polskich żołnierzy i ścigających ich „oswobodzicieli”, a później strzały w lesie. Jak front u nas przeszedł, Rosjanie doszli do Przemyśla, Ukraińcy uznali, że mają Ukrainę. Wszystkich Polaków pozwalniano z pracy. Ukraińcy objęli urzędy i kolej. Najgorzej było na kolei. Nie potrafili obsługiwać urządzeń, było wówczas bardzo dużo wypadków kolejowych.
W styczniu 1940 roku Rosjanie zaczęli wywozić Polaków na Sybir. Rozpoczęli od bogatych rolników, tych, którzy zakupili po 1920 roku ziemię. Przyszli do domu w nocy, w ciągu 10 minut trzeba było się spakować, wsiadać na furmankę i do stacji kolejowej, a później w nieznane. Pierwszych wywieźli naszych znajomych, Państwo Lachcików. Rodziców z dwiema córkami dorosłymi, zięciem i malutkim dzieckiem w beciku. Dziecko zmarło w drodze, musieli je gdzieś wyrzucić po drodze. Dorośli dojechali na Sybir. Tam zmarł zięć. Pozostali przeżyli, wrócili po wojnie do Polski. Chwilę mieszkali u Pana Długosza Ludwika w Dąbrowie, a później wyjechali na Zachód.
Na Sybir wywozili falami. Po gospodarzach zaczęli wywozić pozostałych Polaków. Nikt nie wiedział, kiedy po niego przyjdą. Byliśmy przygotowani na wyjazd. Mama pakowała co się dało, mieliśmy ususzony chleb w woreczkach, przyszyte pod płaszczem dwie kieszenie na bochenek chleba i czekaliśmy całymi nocami. Oni w dzień nie wywozili. W dzień chodziliśmy do szkoły, oczywiście ukraińskiej. Nie wolno było mówić po polsku. Męczyły się polskie dzieci, nauczyciele. W urzędach nie wolno było mówić po polsku. Najgorzej miała nasza mama. Nie potrafiła się nauczyć ukraińskiego. Dopiero w 1943 roku rodzice zapisali nas do polskiej szkoły w Chodorowie, dokąd dojeżdżaliśmy pociągiem. Dyrektorem był prof. Jawornicki. Po wojnie znalazł się w Rzeszowie, miał sklep ze szczotkami w rynku. Jego córka uczyła w technikum ekonomicznym.
W Wybranówce idąc do szkoły przechodziliśmy obok stacji kolejowej. Tam widzieliśmy transporty z ludźmi wywożonymi na Sybir. Wagony towarowe-bydlęce wypełnione ludźmi. Okna zabite deskami, drzwi zaryglowane. W zimie zimno, w lecie gorąco. W środku jęki, krzyki, modły, śpiew – Przyjdź do Jezusa, do niebios bram. W wagonach, w których ludzie zachowywali się spokojnie, były lekko uchylone drzwi. Utkwił mi w pamięci jeden wagon. Na brzegu koło drzwi siedziała młoda kobieta, mdlała co chwilę, współpasażerowie podsuwali jej pod nos amoniak, żeby oprzytomniała. Oprzytomniała na chwilę, z olbrzymią rozpaczą wołała dwoje dzieci (widocznie ich rozdzielili), znów mdlała.
Latem 1940 roku wypędzili „panów” z dworu, rozparcelowali majątek, ale nie miał kto na nim pracować. Wydawało się Ukraińcom, że to samo wszystko się zrobi. Zboża nikt nie zebrał, ziemniaków nie wykopał, zmarnowali wszystko. W 1940-41 zapanował głód. Ci, którzy jesienią nie chcieli kopać pańskich ziemniaków, na wiosnę szukali przemarzniętych i przegniłych, i to jedli. Jeśli mieli choć kilka ziarenek zboża, mielili młynkiem do kawy, żeby dzieciom ugotować kaszkę. Ludzie puchli z głodu i umierali. U nas w domu głodu nie było, ojciec pracował w lesie i zawsze coś do jedzenia załatwił. Zbieraliśmy grzyby, maliny, poziomki i nasiona buku, które mama nosiła do sąsiedniej wioski, gdzie robiła z nich olej. Poza tym mieliśmy miód, za który można było coś wymienić.
Na szczęście nas nie zdążyli wywieźć, bo przyszli Niemcy. Zaczął się gorszy horror. Niemcy zajęli się Żydami, Ukraińcy im pomagali. Na początku kilka dni Żydów dręczyli, ośmieszali, kazali im się przebierać w uroczyste szaty, zabrać sztandar, przełożonego żydowskiej gminy wsadzić do taczek i wieść przez wioskę ze śpiewem. Zmęczonych poganiali i bili. Myśmy to wszystko widzieli.
Później zaczęli Żydów mordować i wywozić do obozów. Żydzi uciekali, żeby schować się w lesie, po drodze były rzeki. W tych rzekach podczas przepływania dopadali ich i zabijali. Rzeką płynęły trupy i też to widzieliśmy.
My musieliśmy się wyprowadzić z budynku kolejowego, który zajął po nas Ukrainiec. Mieszkaliśmy u Panstwa Fusów, Hornyków?, a później w domu po Państwu Lachcikach. Jak przyszli Niemcy, w domu tym zamieszkał ich syn, którego nie wywieźli, bo nie było go w domu. On nam udostępnił jeden pokój.
Tamten dom również był blisko torów kolejowych i lasu. Znów widzieliśmy transporty z Żydami. Tak samo zabite okna i zaryglowane drzwi. Żydzi chcieli się ratować, wyskakiwali jakoś przez okna pociągów. Jedni przeżyli i przychodzili do domów przy torach po ratunek, inni zginęli po wyskoczeniu. Tereny wzdłuż torów pokryte były trupami, a później mogiłami, bo nocami Polacy grzebali nieżyjących. Niektórym udało się przeżyć. Chowali się w ziemiankach w lesie. Tam mieszkali też miejscowi Żydzi, których nie udało się złapać. Pamiętam, jak nocą przychodzili do nas po żywność. Mama przygotowywała paczki i żałowała ich. W ziemiance mieszkał zięć Pana Gietraja, z żoną i maleńkim dzieckiem urodzonym w ziemiance. On najczęściej przychodził do nas nocą. Pamiętam nocne zamieszanie w domu, którego rodzice nie chcieli mi wyjaśnić
Ukraińcy współpracowali z Niemcami. Słychać było, jak mówią – Żydami przygotują ciasto na chleb, Polakami będą mieszać? Wiedzieliśmy, że po Żydach przyjdzie kolej na Polaków.
Kiedy ojca zwolnili z pracy na kolei, znalazł pracę w lesie jako leśniczy. Większość Polaków pracowała w lesie, mogli w ten sposób pomagać powstańcom. Mama przygotowywała żywność i my dzieci 10-13-letnie musieliśmy nosić ją do lasu. Mama mówiła, że to obiad dla taty. Później zrozumiałam, że to nie było dla taty. Ja bardzo bałam się chodzić z tymi obiadami i najczęściej chodziła moja młodsza siostra Józia, była odważna. Brat starszy też chętnie poszedł, bo potem siedział resztę dnia na drzewie, żeby go Niemcy do pracy nie zabrali.
W lesie było wówczas strasznie. Były groby po uciekinierach wywożonych do obozów. Były też niepochowane zwłoki, ukryte w krzakach, albo części człowieka – ręce czy nogi sterczące spod kupy zeschłych krzaków. Często były to zwłoki Polaków, którzy zginęli w nieznanych okolicznościach.