Szkoła, edukacja, młodzież

W kilka dni po zainstalowaniu się w mieszkaniu dla nauczyciela, przy szkole, porozumiałam się z wójtem dąbrąwskim –Baranem, w sprawie zorganizowania kursu oświaty dla dorosłych. Wójt – jeden z najświatlejszych gospodarzy dąbrowskich, zajął się tym gorliwie. Sam kształcił dzieci własne w szkole w Rzeszowie, rozumiał wartość oświaty, odniósł się bardzo przychylnie do projektu kursu oświaty pozaszkolnej dla dorosłych. Rozesłał po wsi ” motyl ” tzn. kartkę z zarządzeniem aby młodzież i chętni gospodarze zgromadzili się w szkole wieczorem.

Przyszli licznie – chłopcy i dziewczęta – a prócz nich kilkunastu gospodarzy młodych, żonatych, w wieku 25-30 lat. Z trudnością mieścili się w ciasnych dla nich ławkach szkolnych – ale innej sali na zebranie we wsi nie było. Tematem pierwszego spotkania było omówienie zarządzenia o utworzeniu gmin zbiorowych, wtedy w 1933 r. najbardziej aktualna dla wsi sprawa. Roztrząsano każdy punkt zarządzenia zastanawiano się, co dobrego dla wsi Dąbrowa wyniknie z przynależności administracyjnej do Trzciany, jak ułożą się sprawy gromady pod nowym zarządem – już nie wójtowskim, lecz sołtysowskim.

Młodzi nie zabierali głosu w tej dyskusji. Była w tym pewna doza szacunku dla starszych od siebie, którym nie mówiło się ” ty ” lecz „wy ” – a była i nieśmiałość, obawa, aby nie wyrwać się z czymś niemądrym, nie narazić się na ośmieszenie.

Kiedy umówiliśmy się ze starszymi przed rozejściem; co do terminu następnych zebrań – starsi wyszli, a na sali szkolnej została młodzież 17-25 lat. We wsi istniały organizacje społeczno-kulturalne, jak Ochotnicza Straż Pożarna, zbierająca się od czasu do czasu na przegląd sprzętu strażackiego, na omówienie programu zabawy tanecznej, urządzanej dla zebrania pieniędzy na budowę domu ludowego – ale poza tym nie przejawiająca żadnej działalności.

Było również Koło Młodzieży, odgrywające – tak jak i członkowie Straży – przedstawienia (Gwiazda Syberii, Karpaccy górale) również na ten sam cel, gdyż brak domu ludowego dawał się dotkliwie wsi odczuć.

Jednak te doraźne akcje kulturalne kończyły się po kilku miesiącach, a w długie wieczory jesienne na wsi, w okresie, kiedy nie było na wsi w Dąbrowie ani radia, ani telewizji, ani biblioteki, ani żadnej zorganizowanej rozrywki młodzież nie wiedziała, co ze sobą zrobić.

Szybko dogadałam się z nimi na temat zorganizowania zespołu amatorskiego teatru. Zaproponowałam komedię Fredry „Consilium facultatis”.  Najodważniejszy z grupy młodych – skrzypek Władysław Łoboda objął inicjatywę doboru aktorów do odpowiednich ról. Z chłopcami był mniejszy kłopot, natomiast każda dziewczyna wymawiała się żarliwie od udziału – dopiero po długich naleganiach, zgadzała się. W toku tej rozmowy obecnych, zorientowałam się, że to jest młodzież, która już niejeden raz występowała w zespole amatorskiego teatru.

Wieś Dąbrowa, jakkolwiek oddalona od głównego gościńców, od stacji kolejowej, czy przystanku autobusu, niebogata, nieduża miała już w 1933 r. ustaloną tradycję, jeśli chodzi o pracę kulturalno-oświatową – jak również zapatrywania ogółu ludności na kwestię wykształcenia – były już ustalone.

Złożyły się na to różne przyczyny. W Dąbrowie od dawna była nauka w cenie. Pęd do kształcenia się w szkołach średnich, czy wyższych był w Dąbrowie zjawiskiem wyróżniającym tę wieś od sąsiednich, chociaż Dąbrowa nie była wcale bogatsza, czy też posiadająca lepsze warunki komunikacyjne od innych w najbliższym sąsiedztwie.

Jednak z Dąbrowy dojeżdżało w 1933 r. kilkoro dzieci do gimnazjum rzeszowskiego – Byli też studenci, studiujący na uniwersytetach – jeden na UJ w Krakowie – jeden na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie – jeden na Akademii Rolniczej w Krakowie. Teologię ukończyło dwu księży – Szkołę Oficerską ukończył jeden – Seminarium Nauczycielskie ukończyło pięciu (w tym trzy kobiety). Wprawdzie nie otrzymali oni pracy w zawodzie nauczycielskim natychmiast po ukończeniu Seminarium, bo to był okres kryzysu ekonomicznego i mnóstwo młodzieży z roczników maturalnych (1930 -1933) przeżywało tragedię braku pracy.

Tych kilkunastu młodych ludzi studiujących w wojewódzkich miastach lub przyjeżdżających po ukończeniu na urlopy i wakacje do wsi do rodzin – było przedmiotem dumy – i zazdrości całej wsi.

Młodzież akademicka i ci po wykształceniu średnim – spędzający ferie i urlopy we wsi nadawała ton życiu wsi, była przykładem dla wsi, tym bardziej że to były jednostki wartościowe, które przebijały się przez życie samodzielnie, w bardzo trudnych warunkach.

Już samo dojście do stacji „Trzciana z Dąbrowy, wymagało dużego wysiłku – bo ci wszyscy kształcący się chłopcy (czy dziewczęta) dochodzili i dojeżdżali codziennie do szkoły.

Do stacji kolejowej trzeba było około 5 km, co w miesiącach letnich, czy pogodnej jesieni mogło być miłym spacerem – natomiast podczas deszczu, mrozu, śniegu, po błotach i zaspach wiejskiej drogi -było prawdziwym bohaterstwem ze strony młodzieży, która chcąc zdążyć na pociąg, wychodziła z domów około 6-tej rano, często o zmroku – i wracała około 17-tej – w jesieni i zimie również o zmroku.

Trzeba było mieć żelazne zdrowie, wytrzymałość na zimno i głód, przyzwyczajenie do znoszenia trudów i niewygód – prawdziwie chłopski upór, przy niemałych zdolnościach, żeby w takich warunkach zdobywać wykształcenie.

Tym właśnie odznaczała się młodzież dąbrowska. W sąsiedniej wsi Słotwina, czy Woliczka – które miały podobne, a nawet nieco lepsze warunki komunikacyjne – nie wykształcił się w 1933 r. w szkołach rzeszowskich – nikt.

W Dąbrowie byli wśród ludzi starych analfabeci, było ich jednak mniej niż w sąsiednich wsiach. Wielu było niepiśmiennych, ale umieli oni czytać ” drukowane ” – i czytali w długie wieczory zimowe książki Sienkiewicza, Prusa.

Ci ze średniego wiekiem pokolenia, chociaż zaledwie niekiedy podpisać się umieli – rozumieli wartość nauki – i chociaż nie wiele mogli pomóc materialnie swoim dzieciom, jednak kierowali je do szkół średnich, a czasem nawet umieli pokierować wychowaniem dzieci.

Jeden z nich opowiadał, jak to jego syn ukończył gimnazjum w Rzeszowie.

– Nie miałem więcej, jak dwie morgi gruntu w kilku kawałkach, a dzieci czworo. Średni – widziałem – pojętniejszy był đo książki, niż do pracy w polu. Radziłem się nauczyciela we wsi, księdza we Trzcianie, co z nim zrobić. Ano – mówili – trzeba đać đo miasta, żeby skończył gimnazjum. Jakoś zdał i zaczął jeździć do Rzeszowa codziennie. Kosztowało to dużo, bo i butów trzeba było kupić ciągle i mundur i czapkę – a książki zeszyty – i te różne takie lenijki, ołówki, cyrkiel, pióra też nie były tanie – a ciągle było trza đawać grosze na wszystko.

Ale cieszyliśmy się z matką, że chodził, że przechodził z klasy do klasy, choć ta tych dostatów było na świadectwie dużo.  Jakoś w siódmej, czy w ósmej klasie – kiedyśmy już czekali, że wnetki skończy – odniechciało mu się uczyć. Niby wychodził rano do pociągu, jechał do Rzeszowa , ale do gimnazjum nie szeł, tylko kajsi, gdziesi lampartował nad rzyką – a wieczorem wracał do dom, niby ze szkoły.

Ni o czym nie wiedziałem, aż mi gdziesi w czerwcu przysłali list z pieczątką ze szkoły, żebym się zgłosił do dyrechtora. Od razum skapował, że to coś niedobrego. Nic nie mówięcy huncwotowi, jadę ja cichcem do miasta. I tam dopiero wyszło na jaw, że chłopak ma cztyry dwóje, że do szkoły już ze dwa tygodnie nie chodził, że go dzisiaj tyż nie ma, że trzeba płacić dydachtum.  Mało mnie szlag nie trafił – aż mnie dyrechtor uspokajał.

Bez całą drogę, com od stacji szedł do dom, myślałem, że spiere huncwota tak, że przez tydzień na zadku nie siędzie, ale potem odmieniło mi się. Co bede publike robił, żeby sie zazdrosne sąsiady cieszyły, żem syna na pana kierował i nie wyszło mi. Kiedym przyszeł do dom, syna nie było. Wrócił gdziesi po połedniu, niby od pociągu, ze szkoły. Matka mi jeść deła, a ja pytam go, co ma zadane, co go dzisiaj pytali. Rozwiódł się szeroko, że z geografii, że z matematyki – A ja nic.

Na drugi dzień, skoro świt, nakarmiłem konia, przyrychtowałem wóz, łopaty, dwie siekiery, wziołem od kobity bankę kawy, chleba ze serem, tyle, co na dwu chłopów na cały dzień- i budzę syna.

Wstań – mówię – jedziemy do lasu, na pnioki! Przecierał oczy ze zdumieniem – Ja – tato – do szkoły! E – nie! Ubieraj się w chodnie łachy, śniadej sporo – jedzie-my! Czekałem, aż się ubroł i zjadł – i na wóz. Robiliśmy cały dzień. Nie pędziłem go, nie krzyczałem, ale nie dałem mu usiąść aż na południe. Pojadł chleba ze serem i masłem, popił kawy -chwilę kurzyłem fajke – i dalej do roboty.  Nawet nie trzymałem go długo – gdzieś o czwartej ruszyliśmy do domu. Przypilnowałem go, żeby pniaki ze mną wyładował, wóz zatoczył, konia oporządził i dopiero do jeđzenia. Ale był taki zmachany, że jeśli nie mógł, nad talerzem zasypiał i zaraz poszedł do łóżka.

Na drugi dzień, jagem go budził do lasu, to aż jęknął jak zaczął wstawać. Wiedziałem, jak to bolą kości, nie zwyczajne roboty, alem się zawziął i nie pozwoliłem kobicie litować się nad chłopcem. Powiedziałem se: albo ta kuracyja pomoże – a nie – to sie przynajmniej włoży do chłopskiej roboty i nie będzie lampartował po domu.

Pojechaliśmy. Jęczał przy każdym pochyleniu się nad siekierą, czy łopatą, alem nie zważał na to i patrzyłem, żeby się nie obijał, tylko robił. Jak wróciliśmy, to ani jeść nie chciał, tylko położył się i spał. Jeszcze przez sen jęczał, jak się przewracał?

„Jeszcze tak ze dwa dni jeździliśmy, aż się pogoda zepsuła i był deszcz. To zbudziłem go, jak zwykle i rżnęliśmy te pnioki, rozłupywaliśmy klinami i nie dałem mu odejść od roboty ani chwili, tyle co nas kobita zawołała na obiad.

W niedzielę chciał się ubrać w mundur szkolny, ale nie dałem, tylko w takie ubranie, co już wyrósł z niego i nosił go młodszy chłopak. Krótkie było i ciasne – ale pójść musiał ze mną do kościoła. Widziałem, że się wstydał kolegów, bo zaraz po obiedzie wylazł na strych, na siano i nie zszedł, choć koledzy gwizdali na niego. A od poniedziałku znow od rana do roboty. Nie pytał mnie już o szkołę, a ja też nic nie mówiłem, że wiem, co tam było.

Przez całe wakacje robił przy mnie bez przerwy. Już nawet nie stękał, ręce mu stwardniały, opalił się, zmężniał, wyrósł. W niedziele wrył się przed kolegami na strych, a widziałem, że brał ze sobą książki szkolne i zeszyty. A przy końcu wakacji, jak robił ze mną w polu – to nieraz się nad czymś namyślał – Coś się widać w nim przełamywało – alem ja twardo stał przy swoim. Gdy tylko był wolny dzień od pracy na polu, to ja z nim na pnioki do lasu. Nagromadziłem tyle opalu, że na dwie zimy starczyło. Gdzieś na tydzień przed końcem wakacji, jakeśmy wracali z lasu, to syn nie patrząc na mnie – powiedział: Tato! o ja się będę teraz uczył – i będzie dobrze! Nie odezwałem sie – to on powtórzył. Teraz się będę uczył! I uczył się! Wziął się widać na ambit i skończył nie tylko gimnazjum, ale i wyższą szkołę – Widać mu ta ojcowska kuracyja pomogła.

Gorzej było z tą młodzieżą, która – bez ojcowskiej kuracji uczyła się chętnie, skończyła seminarium nauczycielskie matury pozdawała ” i pracy nie otrzymała – bez własnej winy! Był kryzys gospodarczy, rząd robił oszczędności na siłach nauczycielskich, nauczyciele uczyli po siedemdziesiąt dzieci, kończyli życie chorobą zawodową, gruźlicą gardła, czy płuc -a młodzi absolwenci nie otrzymywali pracy i przebywali w karłowatych gospodarstwach swoich rodziców – w opłakanych warunkach materialnych.

Tak było właśnie w Dąbrowie. Absolwenci seminariów nauczycielskich nie mogli nigdzie zatrudnić się – a więc pracowali w gospodarstwach, paśli krowy. Wyśmiewano się z nich – że czytają książki przy pasieniu, pokpiwano, że mówią do krowy: proszę chodzić.