Życie kulturalne wsi przedwojennej
Dragą rzeczą, która odstraszała mieszkańców miasta od stałego zamieszkania na wsi – to był brak mieszkań. Nauczyciele otrzymywali pracę, tam, gdzie była szkoła – a nikt nie troszczył się, czy nauczyciel będzie miał we wsi mieszkanie. Później wyszła ustawa, że gmina winna postarać się nauczycielowi o mieszkanie – ale – cóż pomogły starania, jeśli we wsi nie było żadnego domu o dwu izbach, gdzie by ta druga izba była samodzielnym lokalem z osobnym wejściem. Zabudowanie mieszkalne składało się przeważnie z jednej izby, sieni i komory, albo z dwu izb po jednej stronie domu, sieni i komory po drugiej stronie domu. Druga izba nie miała osobnych drzwi z sieni, wchodziło się do niej przez kuchnię. W tych warunkach wiele nauczycielek mieszkało – jak np. w Będziemyślu w drugiej izbie, w mieszkaniu wspólnym z gospodarzem, z wejściem przez ich kuchnię, która w wiejskich warunkach była zarazem pokojem – sypialnią, jadalnią – i wszystkim. Czasem ta druga izba miała podłogę, a czasem tylko gliniane klepisko, lepione gliną ściany, ceglany piec i belkowany sufit.
Wspólnota mieszkaniowa była nad wyraz krepująca, nie mówiąc już o inwazji much, pcheł, karaluchów, wszy, stonóg, które w fatalnych warunkach higienicznych, jakie panowały w okresie wielkiej nędzy wsi, stanowiły prawie nieodłącznych współmieszkańców wiejskiej izby.
Czasem musiała nauczycielka z braku jakiejkolwiek izby mieszkalnej zajmować dawne pomieszczenie sklepowe z wyjściem wprost – przez szklane drzwi „na pole”. Czasem w jakimś chwilowo niezamieszkanych pomieszczeniach dworskich o wielu pustych pokojach, gdzie „straszyło” – o ile nie duchy, to niedomknięte, zepsute okiennice, lub drzwi, wiszące na jednym zawiasie.
O wszelkich oczywiście wygodach, jak światło elektryczne, woda w mieszkaniu, łazienka, klozet – nawet nie marzyli wiejscy nauczyciele. Dobrze – jeśli na obejściu szkolnym znajdowała się studnia, jeśli blisko szkoły znajdował się sklepik, gdzie można było zaopatrzyć się w naftę, zapałki. Wszelkie zakupy w takim sklepiku trzeba było załatwić w dzień, gdyż w jesieni, gdy o czwartej godzinie robiło się ciemno – przejście choćby bliskiej odległości po wiejskiej drodze, w głębokim błocie, przy braku oświetlenia -wymagało butów z cholewami – i nie należało do przyjemnych.
W Dąbrowie było przy szkole dwupokojowe mieszkanie dla nauczyciela i na poddaszu znajdował się również kawalerski pokoik, tak że nauczyciele mieli zapewniony dach nad głową. Praca oświatowa dla dorosłych prowadzona przez nauczycielkę nie miała przeszkód. W 1933-34 r. prowadzony był kurs wieczorowy dla dorosłych, zespół amatorskiego teatru przy Kole Młodzieży odegrał dwa przedstawienia: Fredry – „Consilium facultatis” i „Prawica oraz lewica” – zorganizowano dwie zabawy dochodowe, aby zebrać pieniądze na budowę domu ludowego- młodzież brała udział w zorganizowaniu obchodów święta 3-go Maja, oraz pomagała przy choince dla dzieci. Zorganizowano kurs gotowania i pieczenia dla gospodyń, które nauczyły się na nim nie tylko przyrządzania w lokalnych warunkach, z własnych, wiejskich produktów rozmaitych potraw – ale – z okazji wspólnego z instruktorką i nauczycielami spożywania tych posiłków, nauczyły się higieny i kultury jedzenia.
Każda impreza kulturalna, którą organizowała nauczycielka cieszyła się powodzeniem w całej wsi, choć przecież udział w niej kosztował przeważnie -50 gr – co w sytuacji materialnej wsi walczącej w 1933 r. dosłownie o każdy grosz – było sumą dużą (dla porównania1 jajo w okresie letnim kosztowało 3-4 gr. w okresie zimowym 5-6 gr.).
Na przedstawienie dziecięce „Zaczarowana Królewna” – na „Jasełka” Porazińskiej, przyszli nie tylko zaproszeni rodzice, ale babcie i ciocie, aby oglądać za swoje – jakże cenne 50 gr. wnuczki i wnuczków w bibułkowych strojach krasnoludków, leśnych duszków, pasterzy itp.
Jakże dumne czuły się dzieci, grając dla takiej widowni, jak wysilały się, aby najlepiej zagrać, najładniej zaśpiewać. Wiedziały, że cała dorosła wieś będzie oceniać ich grę, nie poskąpi im pochwał, czy też krytyki.
Łączność między wsią, a szkołą była fundamentem w Dąbrowie – fundamentem, na którym każde poczynanie kulturalne, oświatowe szkoły mogło liczyć na pomyślny przebieg. Nie było wtedy przymusowej organizacji komitetów rodzicielskich, ale na wywiadówce nie brakło prawie żadnego rodzica. Gdy wyróżniłam publicznie najlepiej uczące się dzieci, widziałam, jak bardzo dumni i wzruszeni byli rodzice. W takiej atmosferze – żadna wskazówka pedagogiczna odnośnie zachowania, czy nauki dzieci, nie została pominięta, ani zlekceważona. Widziałam to w najbliższych dniach po wywiadówce, obserwując lepsze zaopatrzenie dzieci w przybory szkolne, w chusteczki do nosa. itp.
Podczas wywiadówki oglądali rodzice z dumą – nową szafę biblioteczną, którą za pieniądze, zarobione przez dzieci odegraniem przedstawienia zrobił dąbrowski stolarz, Maś, wypalając wewnątrz szafy pamiątkową datę i klasę dzieci. A część artystyczną, którą przygotowałam dla rodziców w pracy pozalekcyjnej z dziećmi – musiały dzieci po wywiadówce kilka razy powtarzać. Były to pieśni ludowe, śpiewane w Dąbrowie, wyuczone w chórze dziecięcym z akompaniamentem skrzypiec przedstawione w formie inscenizacji, w strojach ludowych.
Przy trzecim, czy czwartym powtórzeniu, gdy dzieci były już na prawdę zmęczone tańcem i śpiewem, rodzice zaczęli nucić razem z nimi, ciesząc się i równocześnie zdumiewając, że to można ich wsiowe śpiewki tak pięknie odegrać.
Przy następnych imprezach, z okazji odgrywania jasełek mała sala szkolna nie mogła pomieścić wszystkich chętnych widzów, tak że musiałam przedstawienie kilkakrotnie powtarzać. W jasełka wkomponowałam kolędy i pastorałki, których nauczyłam się od dzieci w Dąbrowie. Same dzieci również zrobiły według wzorów miejscowych gwiazdę i turonia – a widownia znowu pomagała dzieciom śpiewać starodawne pastorałki wiejskie.
Akcja dalszego kształcenia zdolniejszych dzieci w siedmioklasowej szkole we Trzcianie, znalazła wielu chętnych. Spotykałam nieraz moich dawnych uczniów w trzcieńskiej szkole i w Rzeszowie, gdzie niektórzy kończyli gimnazjum.
Namawiałam nieraz rodziców, aby nie poprzestawali na kształceniu dzieci tylko w dąbrowskiej szkole – ale z powodu ubóstwa wielu rodzin nie zawsze było to możliwe.
Dwie bardzo zdolne dziewczynki oddali rodzice – do klasztoru w Krakowie. Tam kształcono je za darmo – ale tam już zostały – jako zakonnice, jedna w charakterze nauczycielki, druga przedszkolanki. Szczególnie żal mi było młodszej z nich, Genowefy Długosz, która była wybitnie uzdolnionym dzieckiem, w kierunku malarskim. To dziecko, będąc w czwartej klasie potrafiło – nie uczone przez nikogo ani w domu, ani w szkole rysować głowy swoich koleżanek z uderzającym podobieństwem, potrafiło kopiować pocztówki z postaciami ludzkimi – zwykłymi kredkami woskowymi.
Mimo mojego namawiania, aby ją kształcić- matka jej, niezamożna wdowa na niewielkim skrawku ziemi – nie mogła zdecydować się. Oddając dziecko do klasztoru – może miała cichą nadzieję, że ją tam wykształcą, wykorzystają jej niewątpliwe zdolności. Niestety – klasztor miał widocznie inne plany. Odwiedziła mnie niedawno – już w habicie zakonnym. Pogodziła się z losem, jest opiekunką małych dzieci, rymuje niewiele, jakieś obrazki świętych, dla celów klasztornych – albo coś tam dla dzieci.
W mojej pracy nauczycielskiej na wsi, napotykałam nieraz wybitnie uzdolnione dzieci wiejskie, ale nędza wsi nie pozwoliła na wykorzystanie ich zdolności. W pracy kulturalno- oświatowej w Dąbrowie, wielką przeszkodą było brak domu ludowego i światła elektrycznego.
Wszystkie zebrania młodzieży, kursy dla dorosłych, próby chóru czy zespołu amatorskiego, odbywały się z konieczności w sali szkolnej.
Miało to swoje ujemne strony. Dorośli nie mieścili się w ciasnych ławkach szkolnych – każda impreza wymagała wynoszenia sprzętu szkolnego na korytarz. Po każdej imprezie trzeba było natychmiast wieczorem lub raniutko salę szkolną dokładnie sprzątać, sprzęty ustawiać, – tak aby nauka szkolna nie miała przeszkód.
Sprawa budowy domu ludowego, była więc jedną z najpilniejszych potrzeb, nieodzownych dla dalszego prowadzenia pracy kulturalno-oświatowej.
Fundusze na ten cel gromadziła miejscowa straż pożarna, koło młodzieży – oczywiście z przedstawień i zabaw dochodowych organizowanych kilka razy do roku.
Jednak dopiero akcja wspomnianego już wójta Barana Józefa, który doprowadził do uchwały rady gromadzkiej, mocą której opodatkowali się wszyscy mieszkańcy wsi na ten cel – nie tylko…