Saga rodziny Długoszów

Szanowny Panie Profesorze, tak się składa, że obaj jesteśmy związani z Uniwersytetem Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Szukając w bibliotece informacji na temat dorobku naukowego do corocznych sprawozdań miałem okazje oglądać imponującą bibliografię Pana publikacji. Nigdy nie sądziłem, iż Pańskie korzenie rodzinne są umocowane w Dąbrowie. Wydawało się, że Długosz to nazwisko popularne, na samym UKEN w Krakowie poza Panem i mną jest jeszcze siedmioro naukowców z nazwiskiem Długosz. Widać, że nasze nazwisko jest popularne. Kiedyś dostałem mejla ze Stanów Zjednoczonych, w którym to jeden amerykański badacz mający korzenie w Szydłowcu pytał mnie czy nie jesteśmy czasem krewnymi. Odpisałem, że w świętokrzyskim, jak też w Polsce to nazwisko jest popularne i że raczej rodziny tam nie mam. W przypadku Pana Profesora było zgoła inaczej. Mianowicie we wrześniu br. w przypadkowej rozmowie w domu rodzinnym w Dąbrowie, dowiedziałem się od brata, iż profesor dr hab. Zbigniew Długosz był przed laty częstym gościem we wsi, gdyż tutaj mieszkali Pana dziadkowie. Ba, i to mieszkali nieopodal naszych dziadków. Prosiłbym Pana Profesora o przybliżenie wiedzy na temat Pańskich dziadków i związków z naszą wsią.
Z tego co mi przekazano o przodkach, rodzicami mojego taty byli: Długosz Jan (1870-1938) i Ewa z d. Świniuch (1884-1955). Mój ojciec Władysław (1909-1974) był czwartym ich synem po Tomaszu (1901-1966) – po II wojnie mieszkał w Krakowie; Józefie (1903-1961) – wyjechał przed wojną do USA i Wiktorze (1905-1918). Młodsze rodzeństwo to Emilia (1914-1956) wyszła za mąż i zamieszkała w Klęczanach, Władysława (1921-2016) wyszła za mąż za Stanisława Pomianka i przejęła gospodarstwo w Dąbrowie po rodzicach, Bolesław (1923-1988) podobnie jak mój ojciec i Tomasz zamieszkał w Krakowie oraz Józefa (1925-1932) która zmarła młodo.

DŁUGOSZE Siedzą dziadkowie; stoją od lewej z tyłu: Tomasz, Emilia, Władysław; bliżej: Władysława i Bolesław
Z Dąbrową zetknąłem się jako kilkuletnie dziecko ponieważ miesiące wakacyjne latem spędzałem z rodzicami, będącymi na urlopach, które spędzali w ich rodzinnych domach na wsiach z których pochodzili i skąd wyjechali do pracy w tym przypadku do Lwowa. A że tato – Władysław pochodził z Dąbrowy to tu co roku w lipcu mnie zabierał.
Tak więc do matury lipcowe dni spędzałem w Dąbrowie, tu towarzyszyłem kuzynowi Józkowi w pasaniu krów na Starym Gościńcu, tu z czasem spędzałem wiele czasu z kuzynką Marysią i jej koleżankami, ale tu także brałem udział i pomagałem w sianokosach i żniwach, chodziłem na filmy jak przyjeżdżało kino objazdowe i tu jak byłem nieco starszy uczestniczyłem zabawach wiejskich na których poznałem sympatyczną Bożenę.
Jak Pan Profesor zapamiętał tamtą Dąbrowę, która w dawnych czasach stanowiła wspólnotę, gdzie wieś była mikrokosmosem odizolowanym od innych społeczności lokalnych?
Dąbrowa wieś położna na przedpolu Pogórza Strzyżowskiego ma urozmaiconą rzeźbę, stąd teren jest malowniczy – pamiętam idąc od stacji Będziemyśl przechodziło się przez „badunię” i od „starego gościńca” można było dojść do zabudowań położonych na wzniesieniu, natomiast jadąc „furą” „nowym gościńcem” i „głęboką drogą” naukowo tzw. holwegiem przez „długoszówkę” można było dotrzeć do domu mojego wujka Pomianka Staszka.
Gospodarstwo jego sąsiadowało z gospodarstwami Stefana Długosza i jego siostry zwanej potocznie Jagniszka. Matka wujka Staszka mieszkała kilka domów dalej bliżej centrum wsi gdzie był sklep i Dom Ludowy w który odbywały się m.in. „wiejskie zabawy”.
Jako że wtedy nie było kościoła w Dąbrowie w niedzielę chodziło się do sąsiednich wsi w Będziemyślu lub do parafialnego w Trzcianie w pobliżu, którego jest cmentarz na którym spoczywają moi dziadkowie i inni członkowie rodziny.
Dom dziadków była to typowa wiejska drewniana „chałupa” kryta strzechą. W przydomowym ogródku była studnia o której ciotka Władka po udoju bańkę z mlekiem zanurzała w zimnej wodzie po to by wytrąciła się śmietanka z której później w maselniczce robiono masło. W skład zagrody wchodziła jeszcze stajnia dla zwierząt i stodoła za którą ciągnął się sad, a dalej łąka do tzw. Starego Gościńca. Droga biegnąca do gościńca rozdzielała pole wujostwa od sąsiada Stefana Długosza. Z drugiej strony włości wujostwa przylegały do pola Agnieszki Długosz zwanej Jagniszką. W latach 60-tych na miejscu starego drewnianego domu wybudowano nowy dom stosowaną wówczas metodą z żużla.
Co z tamtych czasów szczególnie Panu Profesorowi utkwiło w pamięci? W jakie miejsca Pan chodził? Co Pan lubił w wiosce, z jakimi ludźmi się Pan spotykał?
Spędzając wakacje w Dąbrowie z czasem poznałem mieszkańców z „końca wsi” aż po Dom Ludowy. Jako że po wojnie przez pewien czas w Dąbrowie mieszkał mój brat Jan z mamą u babci Ewy oczekując powrotu taty z Francji, dlatego miał tu też swoje towarzystwo, dlatego mnie z nim kojarzono i łatwiej mnie się było na wsi poruszać bo „wakacyjnego krakusa” wszyscy kojarzyli i akceptowali krakusa „tego o pomianków”.
Szczególnie dało się to odczuć, jak braciszek ożenił się z Albiną Pająk – córką ówczesnej sołtyski. Niezapomniane było ich wesele. Atrakcyjne dla mnie – młodego mieszczucha – były dalsze wyjazdy wozem nie tylko drabiniastym po zboże na „pańskie”, ale też odwiedziny rodziny mieszkającej w Klęczanach gdzie wyszła za mąż i mieszkała siostra taty – Emilia i jej dzieci. Jak byłem starszy samodzielnie jeździłem pociągiem do Sędziszowa lub Rzeszowa. Dziś nazwiska osób z którymi miałem kontakt zatarły się w pamięci.

Stoją od lewej: Józia – córka sąsiada Stefana Długosza, Józek Pomianek kuzyn, mój tata i mama, kuzynki Marysia i Bożena, koleżanka Marysi i ze źrebakiem wujek Staszek; siedzi kuzyn Eward. (fot. 1962 r.)

Ojciec Władysław i Pająk późniejszy teść mojego brata

Tu stoję z rówieśnikiem Władkiem Pająkiem – bratem żony bata
Jak to się stało, że Pana rodzice wyjechali do Krakowa?
Moi rodzice za młodu wyjechali – jak wspomniałem – do pracy we Lwowie – ojciec z Dąbrowy, a mama ze wsi Rączyna położonej koło Przeworska. We Lwowie się poznali, pobrali i ze względu na pracę ojca przenieśli się do Stanisławowa gdzie urodził się mój brat – Jan. Po 4 latach wojna rozdzieliła rodziców. Mama z bratem została w Stanisławowie, a ojciec ewakuowany z Izbą Skarbową gdzie pracował przedostał się przez Rumunię do Francji. Po wojnie mama z bratem i ojciec znaleźli się w Dąbrowie skąd do Krakowa ściągnął ich brat taty – Tomasz i tu dalej toczyło się życie mojej rodziny.
Pan Profesor urodził się już po wojnie w Krakowie i całe swoje życie rodzinne, zawodowe związał z grodem Kraka. Proszę opowiedzieć, jak upłynęła Pańska młodość, gdzie chodził Pan do szkoły, w jakiej dzielnicy mieszkał, jak się żyło w dużym mieście?
Ja urodziłem się dwanaście lat po moim bracie który był dla mnie wzorem pod każdym względem. Mieszkaliśmy niedaleko centrum na ul. Strzeleckiej między dworcem kolejowym a kompleksem szpitali i pobliskim kościołem OO Jezuitów. Wspominam kościół, bo tu przez lata byłem ministrantem i tu poznałem później Elżbietę moją żonę, która śpiewała w scholi. W okresie szkolnym oprócz nauki w podstawówce na Grzegórzkach w 90-tce gdzie byłem szkolnym recytatorem, uprawiałem lekkoatletykę, natomiast w szkole średniej grałem w reprezentacji szkoły w siatkówkę. Po maturze w VI LO im. A. Mickiewicza podjąłem studia na UJ. Czas dzieciństwa i młodości to okres beztroskiego życia i interesowania się sportem i filmem a od studiów śpiewem chóralnym.
Jak to się stało, że zainteresował się Pan geografią i poszedł na studia na geografię na UJ?
Od „podstawówki” interesowała mnie geografia, łatwo przyswajałem wiedzę z tego zakresu, a później myślałem, że pójdę w ślady bratowej i zostanę nauczycielem, ale geografii.
Co sprawiło, że zdecydował się Pan Profesor na pracę na uczelni, gdyż zapewne kiedyś jak i obecnie płace były niskie a wymagania nader wysokie: prowadzenie zajęć, prowadzenie badań, praca organizacyjna i etc.
Będąc na 5 roku na seminarium magisterskim prof. Adam Jelonek mój późniejszy promotor i szef zaproponował mi jako studentowi pracę na etacie asystenta technicznego, a po obronie pracy magisterskiej asystenta dydaktycznego, stąd studia zakończyłem już w kwietniu. I tak zaczęła się moja droga naukowa. Pieniądze początkowo nie były aż tak ważne, liczyło się, że jestem nauczycielem ale akademickim. Wszystkie stopnie i tytuł naukowy osiągnąłem za sprawą struktur decyzyjnych UJ. Po 22 latach pracy na najstarszej w Polsce uczelni zaproponowano mi jeszcze jako doktorowi habilitowanemu stanowisko profesora na krakowskiej WSP (dziś UKEN). Tu pełniłem przez 18 lat funkcje kierownika zakładu, przez 8 lat funkcje prodziekana i 8 lat dziekana wydziału i trzeba to było pogodzić z dydaktyką i badaniami.
Poza działalnością naukową przez długi czas prowadził Pan też działalność artystyczną w chórze Uniwersytetu Jagiellońskiego. Skąd to zainteresowanie śpiewem wzięło się u Pana Profesora? Czy to jakieś rodzinne tradycje, czy talent wokalny odkrył Pan niespodziewanie?
Przez 10 lat od II roku studiów śpiewałem w męskim chórze UJ gdzie jako tenor, byłem też solistą, a przez następne 20 lat śpiewałem z żoną w Akademickim Chórze „Organum”. Dzięki temu oprócz działalności naukowej miałem możliwość poznania trochę świata. Od dzieciństwa bliscy uważali że posiadam dobre uwarunkowania wokalne po rodzicach, co najpierw zaznaczyło się gdy jako ministrant grałem w jasełkach. Jednak dopiero, na studiach namówiono mnie do śpiewu w chórze. Później gdy poznałem moją przyszłą żonę Elżbietę pochodzącą z muzykalnej rodziny – jej ojciec i jej 3 siostry – grały na instrumentach i śpiewały, moje zaangażowanie do śpiewu wzrosło. Co roku rodzice żony organizowali w pierwszą niedzielę po Trzech Królach Wieczory Kolęd w których uczestniczyli znani muzycy. Dzięki temu żona została doangażowana do chóru w krakowskiej operze „Nabuco” , a ja w spektaklu w Teatrze Starym w Krakowie w dramacie „Mord w katedrze” którą to sztukę wystawiano 60 razy w Katedrze Wawelskiej.
Wrócimy do działalności zawodowej. Uzyskał Pan wszystkie stopnie i tytuły naukowe z profesurą włącznie. Odniósł Pan niebywały sukces w nauce. Jako doświadczony naukowiec, co by Pan radził dzisiejszym adeptom, którzy postanowili związać swoją działalność z nauką?
Tak, dzięki zaangażowaniu i systematyczności w pracy można osiągnąć wiele. Ale też trzeba myśleć także o rodzinie. Trzy lata po ślubie urodził mi się syn Łukasz, a 15 lat później córka Małgorzata. Potrzeby finansowe rosły stąd podejmowałem dodatkowo prace na innych uczelniach stąd wypromowałem w ramach prowadzonych seminariów ponad 460 magistrów i 430 dyplomantów studiów licencjackich i podyplomowych. Byłem autorem opinii do tytułu profesora, recenzentem w przewodach habilitacyjnych, promotorem i recenzentem w przewodach doktorskich.
Jest Pan Profesor wybitnym specjalistą od emigracji, ruchów ludności. Proszę powiedzieć, jakim regionem jest Podkarpacie ze względu na migrację. Według teorii Everetta Lee push-pull chyba od zawsze Galicja była biednym regionem, w którym dominowały czynniki wypychające. Emigracja za chlebem ma w tej części Polski bogatą tradycję.
Głównym kierunkiem moich zainteresowań badawczych od początku była problematyka społeczna, ze szczególnym uwzględnieniem procesów i struktur demograficznych. Prace z tego zakresu dotyczyły głównie zagadnień migracji oraz starzenia się ludności. Opracowania z tego zakresu dotyczyły głównie obszaru Polski i Europy. Z tego zakresu powstało też szereg prac metodycznych. Znaczące miejsce w moim dorobku naukowo-geograficznym zajmują również publikacje z zakresu historii odkryć geograficznych i układów polityczno – przestrzennych oraz turystyki. Znalazło to swoje odzwierciedlenie w pozycjach książkowych m.in. Historia odkryć geograficznych i poznania świata w zarysie, Przemiany na mapie politycznej świata. Prace z zakresu geografii regionalno-turystycznej znalazły swoje odbicie w opracowaniach monograficznych lub o charakterze encyklopedycznym m.in. Cuda Świata, Encyklopedia – Geografia Turystyczna Świata. Byłem autorem koncepcji, redaktorem i współautorem 3 tomów z zakresu ośmiotomowej Encyklopedii geograficzno – turystycznej świata i współautorem 13- tomowej Encyklopedii Geograficznej Świata wyd. Opress. Tak, ale początkowo rzeczywiście głównie zajmowałem się migracjami ludności i tej problematyce poświęcone były moje prace magisterska, doktorska i habilitacyjna. Rzeczywiście obszary Galicji, a później tereny Polski Pd.-Wsch. ze względu na uwarunkowania społeczno-ekonomiczne były regionem opływu ludności co również dotyczyło Dąbrowy w tym i moich przodków jak też i moich rodziców.
Dzisiaj by tak rzec imigracja jest kluczowym problemem o charakterze globalnym. Doświadczyliśmy tego przy okazji wybuchu wojny na Ukrainie, gdzie w pewnym czasie znalazło się ponad 2 mln. głównie kobiet z dziećmi w Polsce. Dalej mamy próby przerzucania nielegalnych emigrantów z Białorusi. Również niespodziewanie Polska stała się krajem tranzytowym, gdyż wysyłani na granicę Białorusi z Polską emigranci z Azji, Afryki są zainteresowani przedostaniem się do Niemiec lub innych bogatych państw. Jak Pan Profesor ocenią powyższą sytuację, czy Polska jest w stanie przyjąć tych emigrantów i włączyć ich w swoje struktury, czy raczej mogą oni sprawiać problem i destabilizować sytuację w kraju?
Jeżeli są to imigranci ekonomiczni bliscy naszej kulturze i przyjmujący warunki bytu przeciętnego Polaka to pewną liczbę tej ludności można przyjąć ale na ogólnych zasadach które dotyczą Polaków a nie traktowania ich w oparciu o szereg ulg – bo imigranci. W żadnym przypadku tych warunków nie spełniają imigranci z Azji czy Afryki, którzy jak dziś widać destabilizują sytuację w gospodarczo rozwiniętych krajach
Na koniec wrócimy do Dąbrowy. Proszę powiedzieć, kiedy był Pan ostatni raz we wsi. Czy utrzymuje Pan kontakty z mieszkańcami wsi lub tymi, którzy z niej wyjechali?
Utrzymuję stałe kontakty z kuzynostwem Marysią i Józefem mieszkającymi w Rzeszowie. Dąbrowę co roku odwiedzałem do momentu jak mój kuzyn Józef Pomianek sprzedał rodzinny dom. Odwiedzałem taż przy okazji Władka Pająka – brata mojej bratowej oraz kuzynkę Irenę Janczycką – córkę ciotki Emilii. Przyjeżdżałem też weekendowo odwiedzać Stasia Dziedzica, z którym przyjaźniłem się od lat. Początkowa nasza znajomość oparta była na kontaktach służbowych gdy ja byłem prezesem chóru Organum, a on w Urzędzie Wojewódzkim a później Miasta Krakowa był dyrektorem Wydziału Kultury. Z czasem nasze kontakty się zacieśniły i regularnie spotykaliśmy się też m.in. imieninowo oraz uczestnicząc w turystycznych wycieczkach zagranicznych. Po jego śmierci byłem w tym roku w Dąbrowie odwiedzając jego żonę Małgorzatę.
Czy na emeryturze, gdzie jest nieco więcej czasu wraca Pan Profesor pamięcią do dawnych lat i mile spędzonych chwil we wsi?
W 2000 roku przeprowadziłem się i zamieszkałem w podkrakowskich Balicach. Na emeryturze od 2018 roku bywam w Krakowie spotykając się z kolegami. Czas wolny poza zimą wypełnia „praca na działce” i amatorskie pisanie rymowanek często nawiązującymi do Dąbrowy.

Od lewej: ja, moja żona Elżbieta, Stanisław Dziedzic, Małgorzata Dziedzic.
Serdecznie dziękuję Panu Profesorowi za podzielenie się wiedzą oraz zgromadzonymi fotografiami pokazującymi historię społeczną wsi. Pana twórczość na temat Dąbrowy i rodziny będziemy publikować w kolejnych wydaniach.
Rozmawiał: Piotr Długosz