Irzeńscy-Ślązacy z Dąbrowy
Do napisania tej historii, mieszkańców z „końca” wsi Dąbrowa zainspirował mnie Pan Profesor Piotr Długosz. To co opisuję, jest to mieszanina opowieści i faktów historycznych przekazanych nam przez naszych rodziców Katarzynę i Edwarda Irzeńskich. Rodzice nie żyją już ponad 47 lat, a to co nam przekazali i przeżyli powinno ujrzeć światło dzienne, i być przekazane innym.

Od lewej stoi Wacek, dziadek Jan, babcia Anna i ciocia Władzia, a kuca Lojzy (Alojzy). Mój dziadziu Alojzy był najmłodszy, rocznik 1930, Wacek miał 20 lat jak zmarł w trakcie wojny, a to zdjęcie jest ze ślubu jego siostry, która wzięła ślub w latach 40 w trakcie wojny jak Kasia była na robotach w Niemczech.
Rodzice, oboje urodzili się we wsi Dąbrowa k. Rzeszowa, mama była córką Anny Bassara z Długoszów i Jana Bassara. Mama Kasia mieszkała z rodzicami we wsi pod obecnym numerem 1.
- Tutaj był rodzinny dom mamy (Kasi)
- Dzisiaj pod nr. 1 mieszkają Państwo Czechowie
Ojciec Edek był synem Józefy Irzeńskiej z Kocurów i Leopolda Irzeńskiego, i mieszkał pod obecnym numerem 110. Oboje przed wojną pomagali rodzicom w gospodarstwie i przy pracach polowych. Uczyli się w wiejskiej szkole podstawowej i ukończyli po cztery klasy. Na dalszą naukę nie było pieniędzy oraz przerwała ją druga wojna światowa.

Dom dziadków Irzeńskich – wesele Edka i Kasi
Druga wojna światowa Kasię zastała, gdy miała 12 lat. Przebywała w domu i pomagała rodzicom. Przyszedł styczeń 1941 roku, zima była śnieżna i mroźna. Hitlerowskie Niemcy prowadziły wojnę na froncie wschodnim i zachodnim, magistrala kolejowa Kraków – Przemyśl – Lwów zaopatrująca wojska hitlerowskie na wojennym froncie musiała być przejezdna. Hitlerowcy brali ludzi ze wsi, z domów do odśnieżania torów kolejowych. Do domu Bassarów wpadli Niemcy i chcieli zabrać Jana Bassarę – dziadka, do odśnieżania tych torów, ale on nie mógł pracować fizycznie, ponieważ miał przestrzelone płuco w czasie pierwszej wojny światowej. Kasia z mamą Anną (moją babcią) ubłagały żołnierza niemieckiego, by do odśnieżania zabrał małą czternastoletnią wtedy dziewczynkę. Kasia poszła do tego odśnieżania w swetrze, w jednym płaszczu i rajtuzach. Do domu wróciła po pięciu latach.
Po odśnieżaniu torów niemieccy żołnierze zarządzili zbiórkę i wszystkich młodych załadowali do wagonów bydlęcych i wieźli najpierw do Krakowa. Tam w czasie postoju transportu, na dworcu w Krakowie Kasia próbowała dwukrotnie uciekać, ale policjanci granatowi ją dwukrotnie złapali i zaprowadzili do niemieckiego transportu. Pociąg do Niemiec jechał trzy dni, stawał na bocznicach i przepuszczał transporty wojenne na wschód. Wagon z Kasią zatrzymał się w Siegen około 1200 kilometrów od domu, w Westfalii niedaleko zagłębia Ruhry. Tam dostała się do pracy w gospodarstwie rolnym u bauerki. Bauerka była starszą, wbrew pozorom, dobrą Niemką. Rozumiała, że praktycznie jeszcze dziecko, ze wsi zabrane z domu od rodziców jest zagubione i wystraszone. Przyjaźnie nadała Kasi imię Katia i opiekowała się nią. Katia była pracowita i pracowała w oborze przy krowach (około 20 sztuk), dostawała wikt i ubranie, opierunek musiała robić sama. Była dziewczyną pojętną i podstaw języka niemieckiego nauczyła się dosyć szybko i umiała się dogadać z „pracodawczynią”. Katia mogła z pomocą starej Niemki wysyłać listy do domu raz na trzy miesiące. Dobre stosunkowo czasy, szybko się skończyły, bowiem Stara Niemka zachorowała i zmarła na początku 1943 roku.

Katia u bauerów w Siegen 1943r.
Do zarządzania gospodarstwem dorwała się jej 19 letnia, wtedy córka, członkini i aktywistka młodzieżowej organizacji Hitlerjugend. Skończyło się jedzenie, skończyły się listy do domu, była tylko ciężka harówka. Przydział jedzenia, dzienny dla młodej kilkunastoletniej dziewczyny wynosił jedną, podkreślam jedną kromkę chleba na dzień. O reszcie trzeba było zapomnieć, gdyż młodej Niemrze coś nie pasowało to niejednokrotnie mama była przez nią bita. I to czym popadnie batem, kijem … . Katię od śmierci głodowej ratowały krowy i ich mleko. Dziewczyna musiała ukradkiem pić mleko do suchej kromki chleba, czasem udało się zebrać śmietanę albo trochę masła, a młoda Niemra się dziwiła, że ta mała Polka tak dobrze wygląda, bo „powinna już dawno zdechnąć”. Takie było podejście hitlerowców do gastarbeiterów z Polski.
Na początku 1944 roku rozpoczęły się naloty dywanowe aliantów na Zagłębie Ruhry. Siegen też było bombardowane. Podczas jednego z nalotów, w czasie dnia bomby spadały na pastwisko krów, którymi miała opiekować się Kasia, ale mama uciekła przed bombami do wsi, gdzie mieszkała.
Młoda aktywistka Hitlerjungend batem chciała wygonić Katię na pastwisko do pilnowania krów podczas bombardowania, by krowy nie uciekły, ale Katia oddała jej widłami. Dla Niemki ważne były krowy, a życie jakiejś tam Polki nic nie znaczyło, dzisiaj ta Polka, jutro tamta, jaka różnica. Następnego dnia przyszli dwaj żołnierze i zabrali Katię do obozu pracy do fabryki Kruppa w Essen, do produkcji amunicji. Miała szczęście, że jej nie rozstrzelali, co było normalnością, ale dostawy jeńców już się kończyły, a każde ręce do pracy się liczyły.
Zamieszkała w obozie przy fabryce, gdzie jedzeniem podstawowym i jedynym, była jedna miska zupy z brukwi i kromka czarnego chleba na dzień. Wszyscy w obozie cierpieli głód. Produkcja bomb lotniczych szła pełna parą, a w fabryce działał ruch oporu i uczyli Katię, jak nie dokręcić śrubki, jak nie włożyć jakiegoś elementu.
Trzeba było bardzo uważać, bowiem kalecy hitlerowcy (ranni na froncie), bardzo pilnowali – jak byśmy dziś powiedzieli – standardów produkcji bomb. Jak ktoś został złapany na sabotażu, kara była tylko jedna – strzał w tył głowy. Niestety kilka takich przypadków się zdarzyło jak mama była w lagrze (obozie). Sabotaż szedł na całego szczególnie przed wyzwoleniem, ale wszyscy się ostrzegali i pilnowali przed kapo fabrycznym. Produkcja nie szła rytmicznie bowiem częste naloty aliantów ją zakłócały i uszkadzały hale fabryczne. Trzeba przyznać, że alianci wiedzieli dokładnie, gdzie były fabryki, gdzie były schrony niemieckie i też wiedzieli, gdzie były baraki lagru jenieckiego. Bomby spadały na hale fabryczne, na schrony niemieckie, ale ani jedna bomba nie spadła na baraki obozu, gdzie przebywali bez żadnej ochrony jeńcy z wielu krajów Europy.
Wszyscy porozumiewali się po niemiecku i każda nacja oczywiście w swoim języku. Przebywali w lagrze Polacy, Ukraińcy, Czesi, Rosjanie, Włosi, Francuzi i wszyscy się dogadywali. W czasie pobytu w lagrze tylko raz mama widziała biały chleb, dżem, i chyba to była margaryna, w dzień urodzin Hitlera. To prawdopodobnie było 22 kwietnia 1944 roku.
Wyzwolenie przynieśli Amerykanie. To było na początku 1945 roku. Jedzenie i suchy prowiant dla jeńców gwarantowali Amerykanie, była nawet opieka lekarska nad jeńcami. Miejscowi Niemcy chowali się przed byłymi jeńcami, bali się odwetu.
Niestety trzeba przyznać, że najbardziej mściwym narodem byli Ukraińcy, widocznie mieli za co, ale żandarmi amerykańscy szybko zrobili z tym porządek. Jeńcy zostali rozlokowani po opustoszałych poniemieckich domach. Jak los doświadczył głodem też Niemców, miała mama okazję widzieć i słyszeć, a była świadkiem i widziała jak żołnierz amerykański dał niemieckiemu dziecku tabliczkę czekolady na podwórku jakiegoś niemieckiego domu. Gdy żołnierz się oddalił to z ukrycia wyszła właścicielka posesji i zażądała tej czekolady, jakoby to była jej własność, bo to dziecko dostało tę czekoladę na jej posesji, dochodziło do wielu smutnych sytuacji.

Pierwsza z prawej od dołu-Katia z koleżankami z obozu Essen 1946 r.
Wtedy też mama pierwszy raz widziała oranżadę w proszku, gumę do żucia, żelazko elektryczne i inne rzeczy…
Radość z wyzwolenia trwała krótko, tęsknota za rodziną, za domem była tak wielka, że Katia zaczęła rozglądać się za powrotem do domu. Sama była w wielkim świecie, miała wiele propozycji pozostania, we Włoszech, we Francji a nawet w Stanach Zjednoczonych.
Mama miała wiele przyjaciółek, które proponowały pozostanie na Zachodzie, ale postanowiła wracać do domu. To nie było takie łatwe w tym powojennym rozgardiaszu. Nastał rok 1946. Mama zabrała „łupy wojenne” z domu poniemieckiego to znaczy zastawę stołową, serwis, ciuchy i inne potrzebne dla niej rzeczy. Zabrała to na co pozwolili Amerykanie. Zabrała suchy prowiant, kilka konserw na drogę i z dwoma walizkami wyruszyła sama, w wielką podróż do domu. Najpierw pociągiem do Hamburga, a później do portu morskiego, do Lűbeck, a następnie statkiem do Szczecina. Podróż statkiem trwała dwa dni i na pokładzie mama dostała ciepły posiłek. Mama poruszała się na podstawie amerykańskiego dokumentu i niemieckiej „Kenkarte” poświadczającej, że była gastarbeiterem i jeńcem obozu pracy, bo wojna wojną, ale Niemcy dokumenty dla każdego jeńca obozu prowadzili rzetelnie („Ordnung muss sein”).
W Szczecinie skierowano mamę na dworzec kolejowy i tam usłyszała nazwę upragnionego miasta. Jak usłyszała „Rzeszów”, to się rozpłakała na peronie. O mało co byłaby nie zdążyła wsiąść do pociągu, tak się wzruszyła. I tak jak odyseję Pawlaków z „Samych swoich” można by opowiadać o wielkich powrotach Polaków do Ojczyzny, tak mama dojechała pod Tarnów, a tam pociąg został zatrzymany przez „Żołnierzy AK” – tak się przedstawiali. Obrabowali wszystkich pasażerów pociągu, zabrali mamie dwie walizki i wszystkie dokumenty, żadnych tłumaczeń, kradli wszystko, a jak się nie podobało, to „kolbą karabinu w łeb”.
Zapytam dziś z pełną odpowiedzialnością i konsekwencją czy to byli „Żołnierze Armii Krajowej”, czy złodzieje, żołnierze wyklęci czy raczej przeklęci? Ale po tych wszystkich przygodach mama wysiadła w okolicy Trzciany (pociąg się zatrzymał). Wysiadła z jedną torebką, którą zdołała schować przed złodziejami w pociągu pod ubraniami. Stanęła w miejscu sobie znanym, po prawie pięciu latach tułaczki. Idąc na piechotę, wstąpiła po drodze do trzcieńskiego kościoła. Kasia ze łzami w oczach długo modliła się i dziękowała Bogu Wszechmogącemu za ocalenie i za umożliwienie powrotu do domu. Pomodliwszy się Kasia poszła „ściżkami” do domu do Dąbrowy.
Mama przez ponad dwa lata nie miała żadnych wieści z domu i nie wiedziała nic, co się działo w Dąbrowie. Jak wróciła do domu to dowiedziała się, że w tym czasie zmarł jej ojciec, nasz dziadek Jan Bassara, w obozie pracy zginął jej brat Wacek, a siostra Władka wyszła za mąż za Stanisława Czecha. Powroty powrotami, a życie życiem i po krótkim odpoczynku trzeba było podjąć pracę, by żyć. Kasia zatrudniła się do pracy w kawiarni w Rzeszowie i tam pracowała do 1955 roku, do czasu, kiedy wyszła za mąż za Edka Irzeńskiego.
Druga wojna światowa również wywarła ogromny wpływ na życie Edwarda Irzeńskiego – naszego ojca. Edek tak jak wszyscy mieszkańcy wsi Dąbrowa był zmuszany do pracy we dworze przejętym przez Niemców, bo żołnierze Wermachtu musieli być dobrze żywieni. Ponadto jak inni zmuszany był do odśnieżania torów kolejowych. Tata opowiadał, jak Niemcy zaatakowali Rosjan w 1941 roku, to transporty wojskowe szły dwoma torami w kierunku wschodnim. Tymi torami też jechali żołnierze niemieccy i włoscy. Ci żołnierze nie wiedzieli nawet, że jadą na front wschodni, szczególnie Włosi. Ojciec opowiadał takie jedno zdarzenie, gdy transport z żołnierzami się zatrzymał i Włosi, gdy dowiedzieli się od Polaków pracujących przy torach, że jadą do Rosji, na wschodni front to płakali i oddawali różne rzeczy dla pracujących niewolników – ubrania, buty, chleb. Niemcy z kolei byli butni i rozbawieni. Ojciec odśnieżając tory na przełomie 1942 i 1943 roku widział też zimą, jak wracały wagony z frontu wschodniego, pełne sztywnych trupów żołnierzy włoskich i niemieckich.
Oni byli zabici i przemarznięci „na kość”. Podczas takiego jednego odśnieżania w 1943 roku zabrano ojca, jego kolegów Kazimierza Ciebierę i Wacława Bassarę (brata Katii) do Baudienstu, do służby budowlanej dla dystryktu krakowskiego. Był to skoszarowany obóz pracy przymusowej dla mieszkańców Generalnej Guberni. Budowali jakiś inny obóz jeniecki. Pracowali w trójkę Edek, Kazek i Wacek. Wacek, któregoś dnia zachorował, grypa albo jakieś przeziębienie i hitlerowiec dał mu zastrzyk. Nie wiadomo co to był za zastrzyk, w każdym bądź razie Edek i Kazek nieśli go na noszach z lazaretu (szpitala) do swojego baraku, to w tym czasie Wacek pogryzł z bólu swój język i zmarł na ich rękach.

Edward Irzeńśki w Baudienst (pierwszy od góry) 1944 r.
Tata jak to opowiadał, wiele lat później, naszej mamie (Jego siostrze Kasi) to przy tym zawsze płakał. Wacek miał dwadzieścia lat. Niemcy przysłali do domu zawiadomienie, że zmarł na zapalenie płuc. Po tym incydencie Kazek i Edek uciekli z Baudienstu do lasu. Nasz ojciec nie był długo w tym lesie, bo zachorował i partyzanci odwieźli go furmanką do domu z zapaleniem opon mózgowych.
Była jesień roku 1944, a w tym czasie front stanął na ogrodzie u naszych dziadków Irzeńskich. Na ogrodzie przed stodołą stanęły dwie katiusze.

Stodoła dziadków Irzeńskich przed, którą w 1944r. stały katiusze. Od Lewej kuzyni: Krystian Duchnik i Janusz Ciebiera oraz mój brat Krzysztof Irzeński z dziećmi.
W domu dziadków Irzeńskich zakwaterowano rosyjską lekarkę, która uratowała ojca z śmiertelnej wtedy choroby. W stodole „zamieszkali” Rosjanie z karnej kompanii, za horyłke (wódkę) przehandlowali wszystko, nawet buty i do boju później szli w samych onucach powiązanych sznurkiem.
Jak ojciec wyzdrowiał to przypomniał sobie, że miał schowany rower po Niemcach i postanowił przyprowadzić go do domu. Jechał tym rowerem z górki i naprzeciw wyszedł mu sołdat ruski ze zwykłym wózkiem czterokołowym do transportu przykładowo około 100 kilogramów ziemniaków. Taki w gospodarstwie zawsze potrzebny. Sołdat chciał koniecznie zamienić wózek na rower, a ojciec chętnie na to przystał. Poczekał, schował się i patrzył, jak to ruski będzie jeździł na rowerze. Sołdat siadł na rower i po trzech metrach się wywrócił. Sytuacja powtórzyła się drugi i trzeci raz, ruski się wkurzył, szpetnie zaklął i rzucił rowerem w krzaki, a Edek wyszedł z ukrycia i zapakował rower do wózka i pojechał do chałupy. O żołnierzach rosyjskich więcej może nie będę się rozpisywał, bo ,,swołocz” jaka była taka i jest obecnie. Front stał w Dąbrowie do początku stycznia 1945 roku, aż któregoś dnia „zagrały” katiusze, skierowane na Sędziszów, Niemcy uciekali w popłochu, a Rosjanie jak ruszyli to zatrzymali się w Berlinie.
Te osoby, które miały ,,incydenty leśne” z partyzantami musiały po wyzwoleniu albo się ukrywać na miejscu, albo uciekać na Zachód na Ziemie Odzyskane. Nowa władza tropiła wszystkich. Edek profilaktycznie wraz z Marianem Wdowiarzem ze wsi, uciekali za frontem. Zatrzymali się w Wieliczce, w szkole pożarniczej i tam się szkolili z zakresu ogólnego ochrony przeciwpożarowej. Gdy rok później w Mysłowicach otwarto nową szkołę pożarniczą szkolącą strażaków i ratowników do ochrony przeciwpożarowej podziemnych kopalń węgla kamiennego to się tam przenieśli. Po ukończeniu tej szkoły dostali stopień ogniomistrza i jedną gwiazdkę oraz skierowanie do pracy do kopalń węgla kamiennego.
Edek dostał skierowanie do Kopalni Węgla Kamiennego „Łagiewniki” w Bytomiu, natomiast pan Marian Wdowiarz dostał pracę w Bytomskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego, też w Bytomiu. Na kopalni Edek został komendantem kopalnianej straży pożarnej. Pracował i na powierzchni i pod ziemią, został czynnym ratownikiem górniczym. Najpierw mieszkał dwa lata w Bytomiu, a później dostał mieszkanie w Piekarach Śląskich.
Do Dąbrowy pisywał listy do rodziców, a do wsi przyjechał dopiero po śmierci Stalina w 1954 roku i tam na wiejskiej zabawie spotkał Kasię. Wzięli ślub 1955 roku. Ja urodziłem się w Piekarach Śląskich, ale chrzczony byłem w Trzcianie.
Oboje rodzice byli bardzo związani z Dąbrową, w zamiarach docelowo chcieli wrócić do swojej wsi. Mieli tam kawałek pola na Drausowym, mieli łąkę za koleją, a na „Pańskiem” wybudowali dom. W 1963 roku urodził się mój brat Krzysztof. Nasz ojciec pracując na kopalni prowadził też gospodarkę maszynami i urządzeniami pożarniczymi. Przede wszystkim do przemysłu górniczego KWK „Julian” wprowadzano nowy sprzęt, a stary kasowano, ale nie niszczono.

KWK „Julian” – Edek drugi od lewej
Wspólnie z Marianem skasowany sprzęt kierowali do zaprzyjaźnionych wiosek, do Ochotniczych Straży Pożarnych. I tak stare wozy strażackie motopompy, węże, kosze ssawne i inne wyposażenie przeciwpożarowe szły do Dąbrowy, Trzciany do Bratkowic. Za tę działalność wiem, że ojciec został uhonorowany „gwoździem” z grawerowanym nazwiskiem do drzewca sztandaru Ochotniczej Straży Pożarnej w Dąbrowie. Do tej działalności dołączył później brat ojca Bronek, który pracował na kopalni „Dymitrow”.

Wóz strażacki przekazywany do wsi (pierwszy od lewej Edek)
Rodzice nasi byli całkowicie oddani wsi i mieli plany powrotu do wsi, ale jak to w życiu bywa: „człowiek myśli, diabeł kreśli”. Mama przeziębiła grypę, a powikłaniem tego była przewlekła choroba wieńcowa i ustała budowa domu, nie został wykończony przez rodziców. Nigdy nie wrócili na stałe do Dąbrowy. Na wsi spędzaliśmy z bratem wszystkie wakacje i pomagaliśmy przy żniwach, sianokosach, pasaliśmy krowy, pomagaliśmy przy omłotach, a po pracach w polu ganialiśmy po Baduni, po górach w Dębrzy. Chodziliśmy na grzyby do lasu „za koleją” i paliliśmy ogniska, gdzie się dało, szczególnie przy ziemniaczyskach, a dziś za smak ziemniaka pieczonego w tamtym ognisku oddałbym „wszystko”, tak jak w piosence „Złoty pierścionek”…. .
Co niedzielę po mszy (jeszcze w Będziemyślu) graliśmy z chłopakami w piłkę na „stadionie” w Będziemyśl –a potem szło się na wiejską zabawę z chłopakami i z dziewczynami. „Tych lat nie odda nikt….”, to były cudowne, szczęśliwe i beztroskie lata….. My z bratem mieliśmy we wsi „przewalone” bowiem w Dąbrowie byliśmy „Hanysami”, a na Śląsku byliśmy „Polajdrami”. A po wakacjach, tak jak pisała wiejska nauczycielka, z przedwojennej Dąbrowy rodzice gonili nas do nauki.
Mnie i brata proza życia dotknęła tragicznie, gdy w 1978 roku zmarła nasza mama. Wtedy skończyło się dzieciństwo i beztroska. Katia odeszła tak jak chciała na moich rękach, w szpitalu w Bytomiu. W dwa miesiące później, zawalił się całkowicie nasz świat, gdy zmarł nasz tato. Edek odszedł nagle i niespodziewanie. Poszedł za swoją Katią. Rodzicom brakło pół roku by wrócić do Dąbrowy, bowiem z przejściem taty na emeryturę górniczą mieli się przeprowadzić do wsi. Dla powrotu na wieś poświęcili wszystko. Poświęcili czas, pieniądze i swoje myśli. Ich marzenia o powrocie na wieś miały się nigdy nie spełnić. Byli z nami tak krótko, a zostawili tak wiele i dali nam jedną podstawową maksymę: „Pamiętaj synu, nie czyń drugiemu co tobie nie miłe” to brzmi w uszach do dziś i to staramy się przekazywać następnemu pokoleniu.
W momencie musieliśmy stać się dorośli i odpowiedzialni. Nasze życie pomimo tragedii musiało być ułożone i ułożyłem je wraz z moją dziewczyną Bożenką (późniejszą żoną) w dwie godziny po pogrzebie taty. Bożenka bezdyskusyjnie zaadoptowała sierotę, mojego młodszego o siedem lat brata. Po pogrzebie taty poukładaliśmy moje studia oraz dalszą szkołę brata. Poukładaliśmy życie do czasu naszych ożenków, ale to jest dalsza opowieść o następnym pokoleniu Dąbrowiaków, jakimi się czujemy.
Inne bardzo ważne marzenia naszych rodziców musieliśmy z bratem, spełnić później. Marzeniami naszych rodziców było byśmy pokończyli dobre szkoły, mieli gruntowne wykształcenie i dostali dobrą pracę. W cztery lata po śmierci rodziców, brat skończył technikum samochodowe w Gliwicach, a ja skończyłem Wydział Mechaniczny Energetyczny Politechniki Śląskiej w Gliwicach. W dziesięć lat po śmierci rodziców skończyłem studia podyplomowe na Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie z zakresu Transportu Pionowego-Linowego. Mama mówiła byśmy tylko nie pracowali kiedyś pod ziemią. Niestety brutalna rzeczywistość wrzuciła nas do pracy w kopalni pod ziemię – nigdy nie żałowaliśmy tego kroku. Brat przepracował pod ziemią ponad trzydzieści lat w dozorze średnim i wyższym, w tym przez dwadzieścia cztery lata był ratownikiem górniczym. Ja przepracowałem w kopalniach ponad dwadzieścia trzy lata w dozorze wyższym i kierownictwie kopalni. W tym czasie też przez dwanaście lat byłem też ratownikiem górniczym.
Dziś, jesteśmy już na emeryturach górniczych i zadajemy sobie pytanie czy jesteśmy Dąbrowiakami czy Ślązakami. Znamy ciężką pracę ludzi na roli, wiemy, jak smakuje praca w polu i życie na wsi. Mamy wielki sentyment do naszych stron, do naszych korzeni i nie odpowiemy na pytanie co nas ciągnie pod Rzeszów. Mieszkamy jednak na Śląsku, gdzie jest nasz chleb. Poznaliśmy tutejszych ludzi i wiemy jakie ciężkie jest życie górników. Poznaliśmy historię tej, śląskiej ziemi, którą nie wielu zna, a my znamy właśnie z autopsji. Ożeniliśmy się ze wspaniałymi dziewczynami ze Śląska. Jeden dziadek mojej żony walczył w Powstaniu Wielkopolskim, drugi walczył w Postaniach Śląskich. Historia mocno zamieszała na Górnym Śląsku i Ślązakami i Polakami, a my z bratem jesteśmy jej owocami. Mówimy czysto po Polsku, ale też posługujemy się językiem śląskim. Jesteśmy Ślązakami, ale dusze mamy polskie – dąbrowskie.
Janusz Irzeński

