Wspomnienie pracy w dąbrowskiej szkole
Przed końcem wakacji otrzymałam zawiadomienie z inspektoratu, abym podpisała umowę na kontraktową pracę w Dąbrowie, koło Trzciany.
Pierwszy rok odetchnęłam z ulgą. Wprawdzie był to jeszcze kontrakt – ale w tym rowku mogłam już zdawać egzamin praktyczny kwalifikacyjny, po którym miałam zapewnione, że otrzymam etatową posadę.
Z Dąbrowy do Rzeszowa miałam blisko, mieszkanie otrzymałam w szkole – pobory wypłacano mi regularnie, bez żadnych kłopotów. Z dziećmi doszłam szybko do porozumienia. Zorganizowałam chór dziecięcy i zespół amatorskiego teatrzyku.
Równocześnie zaczęłam prace społeczno-oświatową z dorosłymi, prowadząc kurs wieczorowy, organizując Koło Młodzieży, chór i zespół teatralny, kurs gotowania dla gospodyń.
Prawie każdą sobotę i niedziele w lecie spędzałam w domu. Wprawdzie ze stacji Trzciana do Dąbrowy było daleko, ale miałam zdrowie i siły i nic mi nie szkodziło iść 5 km o czwartej rano z niemożliwie wyładowaną teczką do wsi, aby przebrawszy się zacząć naukę o ósmej – po południu na wycieczkę z gromadą zuchów, potem grać w siatkówkę
na podwórzu szkolnym z absolwentami seminarium, którzy czekali na ” posadę ” we wsi, z akademikami, stamtąd pochodzącymi.
W zimie chodziliśmy na łyżwy, na staw dąbrowski, w lecie na słowiki ,które wyśpiewywały nad dąbrowską ” badunią ” – albo odwiedzaliśmy wspólnie nauczycielki, mieszkające w sąsiednich wsiach – Będziemyśl, Trzciana, Klęczany.