Smulowe Piekło, doktór Ciebiera

Ale fakt, faktem, że pożyczali książki w szkolnej bibliotece  u nauczycieli – utrzymywali kontakt ze szkołą. Utarł się zwyczaj, że przychodzili niemal co wieczór do nauczycieli. W lecie graliśmy na podwórzu szkolnym w siatkówkę, albo chodziliśmy na spacery do pobliskiego lasku, do tzw. ” Smulowego Piekła”. Był to uroczy zakątek, gdzie przez zalesione jary wiła się małe rzeczka -niewiadomej nazwy. W jarze widać było pokład węgla kamiennego, leżący odkrywką. Były nawet podobno plany, żeby tam uruchomić kopalnię, przyjeżdżali inżynierowie, badali, wiercili. Potem – jakoś ta sprawa ucichła. Mówiono we wsi, że podobno kapitaliści węglowi z Zagłębia zapłacili inżynierom łapówkę, aby orzekli, że nie opłaca się w Dąbrowie węgla kopać, bo go jest tam za mało. Co było w tym prawdy – trudno wiedzieć. W każdym razie my nie szukaliśmy w Smulowym Piekle za węglem – to było tylko nasze ulubione miejsce przechadzek- tak samo – jak badunia nad stawami dworskimi, gdzie chodziliśmy słuchać: śpiewu słowików, ścieżką wśród pól, aż do rozłożystej dzikiej jabłoni – którą nazywaliśmy „drzewem wiadomości dobrego i złego ” .

W zimie chodziliśmy na dworskie stawy, na ślizgawkę, albo spędzaliśmy wieczory w mieszkaniu nauczycielek, na dyskusjach o przeczytanych książkach lub artykułach w gazetach, na grach towarzyskich, na chóralnym śpiewie. Czasem odwiedzaliśmy wspólnie nauczycielki w Będziemyślu, w Klęczanach.

Jeszcze gwarniej i weselej było, gdy przyjeżdżała na ferie młodzież akademicka. Wszyscy – i absolwenci bez pracy i akademicy brali udział w każdej imprezie, organizowanej przez szkołę, a więc w obchodach świąt narodowych – w przedstawieniach szkolnych, w pracach i zebraniach koła młodzieży.

Podczas wakacji sami organizowali przedstawienia z członkami Straży Pożarnej – organizowali chór męski, śpiewający pod kierunkiem jednego z absolwentów męskiego Seminarium Rzeszowskiego, a pochodzącego i zamieszkałego w Dąbrowie i tam czekającego „na posadę”.

Słowem – byli oni drożdżami, spulchniającymi atmosferę kulturalną Dąbrowy – dzielili się zdobytą wiedzą ze swojakami – nie mówiąc o tym, że swoim zachowaniem, mową, zwyczajami kulturalnymi, byli bezustannie przykładem dla młodzieży wiejskiej.

Ludzie we wsi, mimo, że dobrotliwie pokpiwali sobie z nich jednak cenili ich pozycję kulturalną – wiedzieli, że to tylko przejściowe trudności nie pozwolą im zająć właściwego ich wykształceniu stanowiska – że to minie. Pracę nauczycielską nadal trudno było zdobyć. Jeden z tych absolwentów, który już trzy lata czekał – i na ciągle ponawiane prośby do kuratorium lwowskiego, otrzymywał jednakowo lakoniczne, odmowne odpowiedzi – zdobył się na desperacki krok. Pojechał „na gapę” do „Lwowa, w tym ubraniu i butach, w którym musiał chodzić w domu, gdyż znikąd nie mógł zdobyć pieniędzy na kupno nowej odzieży, a która to „odzież” noszona przez pięć lat seminarium i trzy lata czekania – była po prostu wyświechtana, łatana, odnawiana już wiele razy.

Gdy w takim „stroju” zameldował się u woźnego w kuratorium ten z miejsca „osadził go”, że „pan kurator nie przyjmuje”. Ale – nie spodziewał się woźny, że pan kurator przyjmie, tylko – gdy się woźnego za kark ze schodów zrzuci. A rozmowa z kuratorem była krótka. Właściwie był to monolog przedsiębiorczego młodzieńca, który wykazał się najlepszym załącznikiem swojej prośby o „posadę”, podsuwając pod kuratorskie oczy, swoje podarte buty i obszarpane ubranie, z łatami na kolanach i łokciach. Próżno woźny – wlatując jak bomba do gabinetu, chciał rękoczynnie usunąć natrętnego petenta.  Kurator sam odprawił woźnego, a widząc, że ów desperacki petent gotów jest zastosować blokadę biura – a może coś gorszego – zadzwonił na sekretarkę i – w niespełna pół godziny znalazła się posada -i to etatowa – napisane było skierowanie do inspektoratu z poleceniem natychmiastowego spisania umowy o pracę. Na zakończenie audiencji polecił kurator sekretarce, aby wyprowadziła świeżo zamianowegego nauczyciela drugą klatką schodową na ulice.

Były i inne sposoby zdobywania szturmem upragnionej posady etatowej. Jedna z absolwentek seminarium nauczycielskiego została zatrudniona po trzech latach czekania – jako kontraktowa nauczycielka. Spotkałyśmy się w inspektoracie w T. – obecnie woj. rzeszowskie. Ja wzywana do „jawienia się” w biurze, aby dowiedzieć się o nowym kontrakcie nauczycielskim, który miałam objąć, po kilku miesięcznym czekaniu, ona – w tym samym celu: ale doprowadzona do ostatecznej rozpaczy kilkoletnim czekaniem na etat. Nic dziwnego – była sierotą – i nie miała gdzie mieszkać podczas wakacji, gdyż kontrakt nauczycielki trwał tylko do czerwca – a żadna władza nie troszczyła się – jak nauczyciel przeżyje wakacje bez pieniędzy.

Po dość długim czekaniu w sekretariacie inspektorskim zostałyśmy obie „dopuszczone przed oblicze” aby dowiedzieć się, że jedna z nas ma objąć posadę kontraktowej nauczycielki w Miechocinie, a druga taką samą – w Mokrzyszowie. Ja przyjęłam swój los z pokorą i poddaniem się łasce inspektorskiej – natomiast moja towarzyszka, pokazała, co potrafi. Na wiadomość, że to znowu kontrakt – zastosowała przed moimi zdumionymi oczami – jeden ze sposobów – jak to się mówiło w bajce – na Dużego Złego Wilka – czyli na Łaskawego Inspektora.

Z histerycznym piskiem rymnęła jak długa na – kanapę w gabinecie inspektora, gdzie odstawiła konwulsyjne rzucanie się, wicie się, przy akompaniamencie straszliwie głośnych szlochów (bez łez) i zakrywanie suchych oczu dużą chustką do nosa. Inspektor – stary kawaler – rzucił się ratować. Wylał całą zawartość karafki wody – stojącej na biurku – a widząc bezskuteczność swoich nieudolnych zabiegów – wypadł na korytarz, kopnięciem otworzył drzwi do sekretariatu, chwycił wiadro z wodę (nie było tam bieżącej wody) spod umywalni i krzycząc na sekretarkę, wbiegł do gabinetu, aby wylać owe pełne wiadro na zemdloną ofiarę, choć ta ofiara zdążyła, podczas jego nieobecności, zrobić błyskawiczne „peretie olo” do mnie, podczas, gdy ja, w osłupieniu i kałuży wody stałam – nie pomagając w niczym akcji ratunkowej inspektora i sekretarki.

Ta ostatnia – kobiecą widać – intuicją domyślając się przyczyny tragedii- a może w żalu za pięknym dywanem i obiciem kanapy zaczęła trzeźwić omdlałą głośnym wołaniem, że otrzyma etatową posadę. Ofiara drgnęła i chwilowo ucichła. Inspektor – widząc jak błogosławione skutki odnosi ta metoda cucenia, poparł ją tym samym magicznym słowem „etat” – i ofiara zaczęła zwolna przychodzić do siebie. Odjęła mokrą z wody chustkę od suchych oczu łypnęła tragicznie przymglonym okiem na otoczenie, dała się ująć sekretarce i inspektorowi pod ręce i tak – powłócząc nogami, udała się do sekretariatu – już dziwnie uciszona i uspokojona. Usadowiona troskliwie w sekretarskim fotelu pod piecem, suszyła odzież i słuchała, jak inspektor lekko trzęsącym się, po niedawnej emocji, głosem dyktował sekretarce pismo do kierownika szkoły o mianowaniu jej etatową nauczycielką.

A ja – idąc za tym triumfalnym, ociekającym niedawną kąpielą – pochodem – widziałam jeszcze , jak zasapany woźny przyjechał sprowadzonym „co koń wyskoczy ” fiakrem – i wsadził do niego dziwnie wzmocnioną na ciele i duszy – otuloną w inspektorską bunde podróżną – ofiarę.

Ale – nie wszyscy potrafili zdobyć się na takie bojowe wystąpienia. Dąbrowscy absolwenci – czekali, pisali prośby do kuratorium, żyli nadzieją z dnia na dzień, pracowali w ojcowskich gospodarstwach, czasem udzielali korepetycji, a wieczorami gromadzili się, szukając kulturalnej rozrywki, właśnie w kontakcie ze szkołą, w pracy kulturalno-oświatowej – w tych przechadzkach z chóralnym śpiewem do lasu, do Smulowego Piekła, albo nad badunię nad stawy.

Stawów w Dąbrowie było dwa. Jeden większy, zarybiony, z malowniczą wysepką na środku, dragi mniejszy, zarośnięty szuwarem, sitowiem. Obok stawów płynęła ta sama rzeczka, która miała prawdopodobnie źródła w Smulowym Piekle, a nad nią po obu stronach rozciągała się „badunia” – gęste zarośla krzewów i drzew – siedlisko mnóstwa ptaków – a przede wszystkim słowików.

Wzdłuż tych zarośli wiodła szeroka ścieżka z Dąbrowy do Trzciany na której – mniej więcej w połowie drogi rosła owa dzika jabłoń, jedyne schronienie przed deszczem dla wszystkich, a przede wszystkim dla młodzieży, zmuszonej wędrować codziennie do pociągu do Trzciany – owo – nazwane przez nas ” drzewo wiadomości dobrego i złego”.

Drugim celem przechadzek była droga wiejska, prowadząca środkiem przez wieś aż do końca zabudowań, do granicy nie tylko wsi – ale i województwa – dawniej lwowskiego – do Będziemyśla, pod ” kamienicę, czyli duży piętrowy, murowany dom doktora Ciebiery.

Doktór Ciebiera, to byle ciekawa postać we wsi w 1933 r. Chłop, pochodzący ze Zgłobnia, ożeniony w Dąbrowie, który podczas wojny w I914 r. służył w austriackim wojsku, znalazł się w lazarecie pułkowym. Widocznie musiał mieć wrodzoną inteligencję spryt, ciekawość – tok że doktór wojskowy zatrzymał go w służbie sanitarnej, przy sobie. Przy tym doktorze nauczył się Ciebiera przez kilka lat wojny, nie tylko techniki zakładania opatrunków, czyszczenia ran, stosowania środków leczniczych -ale również czegoś więcej – mianowicie sztuki badania chorych na rozmaite wewnętrzne dolegliwości, chore płuca, wątrobę, nerki, gardło. Praktyki podczas wojny nie brakowało – a Ciebiera umiał z niej korzystać, zdobywając  wiedzę medyczną – tak w teorii jak w praktyce.

Po wojnie osiadł w Dąbrowie i zaczął stosować nabyte wiadomości. W1933 r. sława Ciebiery – lekarza była dawno ustalona. Wybudował sobie duży piętrowy dom, miał zamożne gospodarstwo, które prowadziła druga żona, wykształcił troje dzieci. Na podwórzu jego domu stały niemal codziennie furmanki z chorymi, przywożonymi nie tylko z Dąbrowy i Trzciany ale ze Zgłobnia, Świlczy, Będziemyśla, Klęczan – a nawet i z dalszych okolic.

Ciebiera badał, opłukiwał, słuchał oddechu, kaszlu, radził i zapisywał recepty. Miał swojego, znajomego aptekarza w Rzeszowie, który przyjmował jego recepty i sporządzał lekarstwa. Był to okres, kiedy na wsi szerzyła się w zastraszający sposób gruźlica płuc, a nędza wsi, brak odpowiedniego odżywienia, powiększała liczbę zachorowań.

Działalność Ciebiery była prawdziwym dobrodziejstwem dla wsi, w czasie, gdy do najbliższego doktora, do Rzeszowa trzeba było wieźć chorego 20-50 km kiepskiej drogi, zapłacić za wizytę 5-10-15 zł – podczas, gdy 100 kg. pszenicy kosztowało I3-15 zł , I kg masła-1,20 gr , I jaja- 3-6 gr.

Ciebiera nie brał wysokiego honorarium, – brał również należytość „w naturze  lub na odrobek na swoim gospodarstwie. Nie było w jego leczeniu żadnego znachorstwa, czy „czarnej magii”. Najdziwniejsze, że w chorobach płucnych wyznawał się wcale nie gorzej, niż lekarze w mieście – stosował skuteczne leki- i chorzy zdrowieli – szczególnie, gdy choroba nie była jeszcze zaawansowana.

W czasie mojego kilkuletniego pobytu w okolicy Dąbrowy, Trzciany, Świlczy, nie słyszało się ani jednego wypadku, aby Ciebiera spowodował śmierć chorego.

Miał wiele kłopotów z powodu swojej nielegalnej praktyki, tak ze strony urzędu finansowego, jak i ze strony lekarzy w mieście, ale łapówki, prezenty, w ostateczności zapłacenie grzywny, załatwiało sprawę. Egzekutorzy, policjanci – woleli sami leczyć się bezpłatnie u Ciebiery, niż donosić na niego do władz. Wypadków śmiertelnych nie było, więc i władze patrzyły przez palce nie zważając na skargi lekarzy, z których każdy wolał klepać biedę w mieście, wyczekując na pacjentów, – ale na wsi nie chciał osiedlić się żaden – uważając to za obniżenie swojej -(nie wiadomo jakiej) godności. Choć taki Ciebiera mógł być zachęcającym przykładem, że nawet przy skromnym zapasie wiedzy medycznej i skromnych honorariach – można było na wsi dorobić się majątku.

Lekarze zresztą, nie byli wyjątkiem. Na wsi, przed 1939,-nie chciał nikt osiedlać się na stałe, z wyjątkiem nauczyciela i księdza. Z tym – że nauczyciel osiedlał się w każdej wsi, gdzie była szkoła – choćby to było bardzo daleko od gościńca, od stacji kolejowej, od przystanku autobusu – wsi – gdzie -jak złośliwie mówiono, „diabeł dobranoc mówi, gdzie świat deskami zabity, gdzie słonce później wschodzi, gdzie chodzą z koszulami na portki”.

Pół i ćwierć inteligencja miejska, urzędniczyny z nie zawsze ukończoną siódmą klasą, kupcy żydowscy, policjanci, – a prócz tego ” patrycjusze miejscy – adwokaci, lekarze, sędziowie, urzędnicy miejscy – to wszystko patrzyło na nauczycieli wiejskich z kpinkowatą litością, a nawet pogardą.

Spowodowane to było – przede wszystkim niezrozumieniem doniosłej roli pracy nauczycielskiej – za które państwo wynagradzało nauczyciela lichymi poborami (policjanci, zawodowi wojskowi, nie rzadko z ukończoną trzecią lub czwartą klasą szkoły podstawowej brali większe pobory niż nauczyciel z pięcioletnią szkołą średnią) – jak również wyglądem nauczycieli, przyjeżdżających do miasta z dalekich wiosek – furmankami po zakupy.

Każdy z nich, choćby nawet ostatni etap swojej drogi do miasta odbywał koleją, czy autobusem, musiał przed tym dojść do stacji, czy przystanku, wiejską, polną drogą. W okresie letnim był okurzony pyłem wiejskiej drogi, w jesieni i na wiosnę obłocony. Jeśli podróż odbywała się furmanką, płaszcz, czy ubranie, było wymięte, zakurzone, czasem przemoczone od deszczu. Niskie pobory nauczycielskie nie pozwalały na stosowanie swego ubioru do częstych zmian mody. Jeszcze gorzej było, gdy połączenie modnego stroju z nieuniknionym zaniedbaniem, spowodowanym kurzem, błotem wiejskiej drogi, robiło jak najgorsze wrażenie.

Wszystkie te ujemne cechy wyglądu – nie stanowiły oczywiście o wartości nauczyciela – jako człowieka – ale – według przysłowia, jak cię widzą, tak cię piszą – przysłaniały wielu, mało inteligentnym ludziom miasta właściwą ocenę nauczyciela wiejskiego. Litowano się nad nim, że mało zarabia, co było rzeczywiście prawdą – ale to wcale nie zwiększało szacunku dla nauczyciela, który chociaż odczuwał swoją rzeczywistą krzywdę – nigdy nie posuwał się do – strajku oświatowego – aby wymusić należną mu podwyżkę płacy, z tytułu wartości społecznej wykonywanej pracy.

Nauczyciele w okresie przed 1939 r. byli więc jedynymi inteligentami, działającymi stale na wsi. Wszystkich innych odstraszał od pobytu na wsi przede wszystkim fatalny stan dróg i mostów na drogach wiejskich. Wsi leżące przy głównych gościńcach były dostępne – natomiast te, położone nieco dalej, jak np. Dąbrowa, były w okresie wielkich opadów śnieżnych, zupełnie niedostępne.

Ale były gorsze pod względem komunikacji wsi, jak np. Dąbrówka Pniowska na tzw. „Zasaniu”. Był to ten zakątek woj. Rzeszowskiego, gdzie San uchodzi do Wisły. Jechało się tam w każdej porze roku długo, a prawie zawsze z przygodami. Z Rzeszowa do Dębicy koleją, potem przesiadka i wyczekiwanie na połączenie na brudnej, zaplutej poczekalni trzeciej klasy, bo do drugiej klasy idąc – trzeba było zamawiać coś do jedzenia, tam bowiem mieściła się restauracja. Z Dębicy do Rozwadowa, a stamtąd ” furą” do Sanu na prom, promem na drugą stronę rzeki i tą samą furą, wlokącą się nieskończone godziny po wiejskiej, piaszczystej drodze, trzeba było cierpliwie jechać, aż wreszcie człowiek cały ścierpły od siedzenia na wiązce słomy, okurzony pyłem piaskowym od włosów, aż do butów, docierał do małej, drewnianej chałupki, na której ze zdumieniem widział białego orła i napis: „Szkoła Powezechna w Dąbrówce Pniowekiej”.

W zimie podróż ta była jeszcze bardziej uciążliwa – a czasem urozmaicona przygodami. Saniami jechało się znacznie szybciej i wygodniej, ale trzeba było taszczyć koce, futra – i wysłuchiwać w drodze ciągłych biadoleń furmana, co będzie, gdy San ” stanął” i prom nie „pójdzie” ( o telefonicznym zawiadomieniu uprzedniego dnia nie było mowy ). Wtedy wypadało wracać się do Rozwadowa, nocować gdzieś z końmi i jechać do wsi okrężną drogą, na most, – chyba jakieś 30 km.

Za szczęście trzeba było uważać, że San nie stanął, ale potężną głębią sunął szybko i groźnie. Przewoźnicy rozbijali lód z obu brzegów rzeki i z boków promu. ” Kasza lodowa ” ,marznąca co chwilę na nowo, utrudniała popychanie promu drągiem. Przewoznicy „zabigali” w ręce, które mimo grubych rękawic, grabiały im przy linie, czy drągu.

Na promie mieściły się trzy furmanki – reszta musiała czekać. Woda napierała potężnie, znosiła prom, bulgotała i przewalała się u płytkich burt, kołysała promem. Furmani zeszli z wozów i sami, trzymali przy pysku konie, które strzygły niespokojnie uszami. Coś tam do nich przemawiali, klepali po karku, uspokajali.

Niejednemu z siedzących na furmankach, czy w saniach, szczególnie tym, którzy po raz pierwszy po Sanie promem w zimie podróżowali, przydałoby się takie poklepywanie, bo tylko wstyd przed ośmieszeniem się w ludzkich oczach i poczucie obowiązku – że przecież muszę do szkoły dojechać na czas – wstrzymywały mnie przed tchórzliwym „drapnięciem” z tego kołyszącego się promu.

Najgorsze jednak zaczęło się niedaleko drugiego brzegu. Czy głębia tam była większa, czy jakieś wiry i woda parła silniej, dość- że w jednej chwili lina trzasła jej przerwany koniec uderzył w burtę, przewoźnik upadł na prom z okropnym wrzaskiem – a woda zwolna okręciła promem i zaczęła go znosić w dół rzeki. Po obu brzegach rozległ się gromadny wrzask. Przewoźnicy ryczeli nieludzkim głosem, coś o osękach, o łapaniu – ludzie na obu brzegach biegali wzdłuż rzeki, krzycząc coś i nawołując -furmani pokrzykiwali na konie, które zaczęły przebierać nogami i szarpać w rękach trzymających uzdy chłopów.

Bieg promu stawał się nieustannie szybszy, coraz to jakaś fala przechlustywała przez burtę. Ani siedzieć na saniach -ani wyskoczyć z nich pomiędzy niespokojne konie.

Na szczęście, że ta niezamierzona podróż nie trwała długo, gdyż poniżej była mielizna, a przewoźnicy napierając ze wszystkich sił drągami zdołali nakierować tam prom, który szorując po piachu dna – osiadł nareszcie.

Był już najwyższy czas na to, bo konie, co płochliwsze wspinały się i chrapały i wnet były by wyskoczyły z chyboczącego się promu. Ale to nie był jeszcze koniec przygody.

Między mielizną a brzegiem był parometrowy pas płytkiej wody, pokrytej cienkim lodem. W dodatku prom miał wystający  „dziób”, dostosowany do wyższego brzegu w miejscu zwykłego lądowania. Obecnie ten dziób sterczał, wystając nad wodę i nie było mowy, aby konie z wozem, czy saniami zeskoczyły z niego do wody. Ludzie z brzegu przynosili wiązki słomy, jakieś belki, drągi, rąbali wiklinę i rzucali przed prom, wreszcie jeden z przewoźników przebrnął przez wodę i udał się do wsi po pomoc, a my pozostaliśmy na promie, spoceni ze strachu i dygocący od zimna i wiatru. Ale widać ludzie z nad Sanu znali się na takich niespodziankach zimowej przeprawy. Cała wieś wyległa na pomoc. Jakoś wygrzebali spod promu piach, tak że dziób obniżył się nieco, nakładli na płytką wodę belki, słomę, faszynę i popychając sanie pokrzykując na konie, ciągnąc je przy pysku, zmusili je, chrapiące ze strachu – do wejścia na prowizoryczny most i po nim na brzeg.

Rzadko kiedy wydawałam moje mizerne złotówczyny z takim zadowoleniem – jak wtedy, moim niezapomnianym ratownikom. Śmiali się z naszego strachu, klepali spocone konie, wycierali je wiechciami ze słomy.

– Trzeba się z tom cholernom rzykom znać!

Tak! Trzeba się było znać i być przygotowanym na różne niespodzianki, gdy się podróżowało w zimie i w dodatku przez rzekę.

Nie darmo nauczyciele nazywali ten zakątek powiatu „Zasanie Zesłanie” . Kto tam był nauczycielem, był jak na zesłaniu.