Wspomnienia Stefanii Bassary

Poniżej znajdują się wspomnienia, które w całości nie były nigdzie publikowane. Częściowo na bazie niniejszych materiałów powstał artykuł w Trzcionce w numerze jesiennym z 2011. Zainteresowanych tekstem odsyłamy do niniejszego numeru.

Nazywam się Stefania Bassara, pochodzę z Dąbrowy, obecnie mieszkam z rodziną w Rzeszowie. Mam 74 lata. Artykuł ten piszę w związku z 60-tą rocznicą przyjazdu ze Wschodu, która minęła 14 lutego. W tym dniu przed południem przekroczyliśmy próg domu mojej babci w Dąbrowie.

Nie o sobie chciałam pisać, chcę napisać o mojej mamie, człowieku bardzo dobrym, człowieku bez skazy. Kobiecie, która mimo spadających na nią krzyży nigdy nie narzekała, nigdy się nie złościła, o nikim złego słowa nie powiedziała, nigdy przy dzieciach (miała czworo) nie płakała.

Mama Agnieszka Bassara z domu Dusza urodziła się w Dąbrowie w grudniu 1904 roku w rodzinie biednych rolników. Ojciec mamy Jan Dusza zachorował na płuca. Kiedy mama miała półtora roku, był już śmiertelnie chory. Mamę babcia specjalnie kładła do łóżka ojca, żeby się zaraziła i umarła, bo po co ma się męczyć jako sierota. Nie zachorowała, żyła. Babcia Marianna Dusza wyszła drugi raz za mąż za Łobodę Andrzeja, dobrego człowieka, który na równi traktował swoje dzieci z dziećmi z pierwszego małżeństwa.

Kiedy mama miała kilkanaście lat, zabrała ją do siebie na Słotwinę, jej babcia Słuprzyńska/ Słupczyńska, imienia nie pamiętam [mama Marianny – przyp. M.S]. Miało jej u babci być lepiej niż u ojczyma. Niestety nie było lepiej, była bezpłatną służącą, bardzo ciężko pracowała. Opowiadała nam jak jej tam było. Rano musiała robić co trzeba w domu i w stajni. Gospodarstwo było duże, później do roboty w polu. Wieczorem musiała namleć w żarnach zboża na mąkę dla ludzi i dla zwierząt. W nocy pasła na łąkach konia.

Wtedy z tego „dobrobytu” u babci rozchorowała się. Chorej babcia nie chciała, odesłała do domu. Wyzdrowiała. Poznała mojego ojca Jana Bassarę, też z Dąbrowy i w 1927 roku wyszła za niego za mąż.

Ojciec pracował i mieszkał na Wschodzie w miejscowości Wybranówka, pow. Bóbrka. Tam łatwiej było o pracę, pracował na kolei. W 1931 roku zabrał mamę na Wschód z dwójką dzieci i trzecim w drodze.

Najpierw zamieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu u p. Donigiewiczów, później ojciec dostał mieszkanie z pracy. Był to budynek jednorodzinny, tzw. budka kolejowa nr 37. Budynek miał dwa pokoje, kuchnię, dużą sień, duży strych, wysoki, i piwnicę pod całym domem. Było jeszcze jedno pomieszczenie, tzw. służbownia, gdzie pracował ojciec na zmianę z dwoma kolejarzami.

Praca ich polegała na odbieraniu i przekazywaniu telefonicznych meldunków dotyczących przejeżdżających pociągów osobowych i towarowych, zamykaniu i otwieraniu ramp kolejowych według potrzeb. Prowadzona była również związana z pracą dokumentacja.

Była to linia kolejowa na trasie Lwów-Stanisławów. Tory usytuowane były nisko, po jednej stronie był budynek kolejowy, w którym mieszkaliśmy, pola, łąki, dwie rzeki i las, po drugiej stronie za wysokim wałem domy prywatne – wieś.

Do budynku kolejowego należał duży ogród z drzewami owocowymi i krzakami typu porzeczki, agrest oraz mały ogródek kwiatowy, do którego większość kwiatów, zwłaszcza wieloletnich, mama przywoziła z Dąbrowy. Obok była mała komórka, w której rodzice trzymali krowę i drób.

Ojciec był nowatorem jeśli chodzi o ogrodnictwo. Sprowadzał różne jarzyny, których na Wschodzie nie uprawiali. Oprócz tradycyjnych – jak marchewka, pietruszka, buraki czerwone, cebula, kapusta – sadził selery, pory, kalarepę, kapustę włoską, kalafiory. Pamiętam jakąś odmianę kalafiorów, którą sadził na zimę do piasku w piwnicy. W zimie były kalafiory do spożycia. Sprowadzał różne gatunki drobiu: kury zielononóżki, gołoszyjki, leghorny, i inne, których nazw nie pamiętam. Miał też pszczoły. Ule ogrodzone były wysokim płotem z podkładów kolejowych. Pilnował ich pies Figiel przywieziony z Dąbrowy. Psa później złodzieje otruli jak włamali się po miód. Myśleli, że w ulach miód stoi w garnkach. Zniszczyli tylko wszystko, bo miodu do zjedzenia w ulach nie było.

Opiszę teraz okolicę.

Były to – dalej pewnie są – przepiękne strony. Za budynkiem kolejowym, w którym mieszkaliśmy, rozciągały się żydowskie pola uprawne Żyda o nazwisku Gietraj. Przychodził on do nas i piekł pod kuchnią w ogniu jajka, nieraz mu popękały. Nasze pszczoły nie lubiły go, bo pachniał czosnkiem. Nie lubiły też robotników, którzy orali jego pole, bo brzydko pachniał koń. Pamiętam taką scenę. Było gorąco – rolnik orze, pszczoły go obsiadły, konia też, rolnik się ogania, a pan Gietraj mówi – Mikołaju, i ciebie bąki kąsają. Później te „bąki” weszły panu Gietrajowi w kudłatą brodę, długo wołał „aj waj”, nie mógł się opędzić.

Za polem uprawnym były łąki, mokradła, dwie rzeki i las, ogromny, ciemny, liściasty bór wspinający się pod górę. W lesie aż czarno było od poziomek i malin, było też bardzo dużo grzybów. Na łąkach rosły przepiękne kwiaty – nie znam ich nazwy, w tutejszych stronach nie widzę takich. Był też na łąkach staw, a w nim przepiękne, duże pływające kwiaty, których nie dało się zerwać z uwagi na mokradło. Mój starszy brat z 1928 roku łaził tam po młode żaby, kijanki, które hodował w ogrodzie kwiatowym w korytkach aż wyrosły duże i wówczas je wypuszczał. Miał też stare żaby, ale te mu uciekały. Przywiązywał je sznurkiem za nogi do parkanu. Było ich tyle, ile kołków w płocie.

W 1937 roku ojciec ukończył szkołę podstawową (zaocznie), jakieś kursy i dostał pracę we Lwowie w Służbie Ochrony Kolei. Dojeżdżał do pracy, a my dalej mieszkaliśmy w budce nr 37.

Były to najpiękniejsze lata mojego życia. Mimo że rodzice trzymali wielką dyscyplinę (modne było bicie), trzeba było wszystko wykonać na rozkaz, nie wolno się było pobrudzić, a w szkole należało mieć najlepsze oceny, było bardzo przyjemnie i wesoło. Miłą atmosferę stwarzały lasy i łąki.

Polaków było tam mało. Kilku bogatych gospodarzy, którzy o roku 1920 zakupili ziemię (niektórzy, jak państwo Lachcikowie, pochodzili z Bratkowic), właściciel cegielni p. Nijander (żona jego wnuczka jest lekarzem w przychodni na Warzywnej), ksiądz [Szczepan Sadowy], organista, kierowniczka poczty, pracownicy (nie fizyczni) na kolei, pracownicy urzędu gminy. Wszyscy Polacy trzymali się razem, odwiedzali się. Mama cały czas prowadziła dom. W domu i obejściu musiało być bardzo czysto – co miesiąc przychodziła komisja z biura na stacji kolejowej i sprawdzała stan całości. Do naszej pięknej Wybranówki przyjeżdżali letnicy ze Lwowa.

Tak było do 1939 roku.

We wrześniu wybuchła wojna, wszystko się zawaliło. Naszym torem kolejowym przejeżdżało najpierw wojsko na front, później z frontu. Ojca na wojnę nie zdążyli wziąć. Na stacji kolejowej w Wybranówce stały zbombardowane pociągi z rannymi, czasami nieżyjącymi ludźmi. Najwięcej było żołnierzy. Co odważniejsze dzieci łaziły po pociągach, opowiadały, co widziały w środku. Nie ma co opisywać – zgroza.

Do nas przyszli Niemcy, później 17 września „oswobodzili” nas Rosjanie. Widziałam uciekających przed „oswobodzicielami” polskich żołnierzy i ścigających ich „oswobodzicieli”, a później strzały w lesie. Jak front u nas przeszedł, Rosjanie doszli do Przemyśla, Ukraińcy uznali, że mają Ukrainę. Wszystkich Polaków pozwalniano z pracy. Ukraińcy objęli urzędy i kolej. Najgorzej było na kolei. Nie potrafili obsługiwać urządzeń, było wówczas bardzo dużo wypadków kolejowych.

W styczniu 1940 roku Rosjanie zaczęli wywozić Polaków na Sybir. Rozpoczęli od bogatych rolników, tych, którzy zakupili po 1920 roku ziemię. Przyszli do domu w nocy, w ciągu 10 minut trzeba było się spakować, wsiadać na furmankę i do stacji kolejowej, a później w nieznane. Pierwszych wywieźli naszych znajomych, p. Lachcików. Rodziców z dwiema córkami dorosłymi, zięciem i malutkim dzieckiem w beciku. Dziecko zmarło w drodze, musieli je gdzieś wyrzucić po drodze. Dorośli dojechali na Sybir. Tam zmarł zięć. Pozostali przeżyli, wrócili po wojnie do Polski. Chwilę mieszkali u p. Ludwika Długosza w Dąbrowie, a później wyjechali na Zachód.

Na Sybir wywozili falami. Po gospodarzach zaczęli wywozić pozostałych Polaków. Nikt nie wiedział, kiedy po niego przyjdą. Byliśmy przygotowani na wyjazd. Mama pakowała co się dało, mieliśmy ususzony chleb w woreczkach, przyszyte pod płaszczem dwie kieszenie na bochenek chleba i czekaliśmy całymi nocami. Oni w dzień nie wywozili. W dzień chodziliśmy do szkoły, oczywiście ukraińskiej. Nie wolno było mówić po polsku. Męczyły się polskie dzieci, nauczyciele. W urzędach nie wolno było mówić po polsku. Najgorzej miała nasza mama. Nie potrafiła się nauczyć ukraińskiego. Dopiero w 1943 roku rodzice zapisali nas do polskiej szkoły w Chodorowie, dokąd dojeżdżaliśmy pociągiem. Dyrektorem był prof. Jawornicki. Po wojnie znalazł się w Rzeszowie, miał sklep ze szczotkami w rynku. Jego córka uczyła w technikum ekonomicznym.

W Wybranówce idąc do szkoły przechodziliśmy obok stacji kolejowej. Tam widzieliśmy transporty z ludźmi wywożonymi na Sybir. Wagony towarowe-bydlęce wypełnione ludźmi. Okna zabite deskami, drzwi zaryglowane. W zimie zimno, w lecie gorąco. W środku jęki, krzyki, modły, śpiew – Przyjdź do Jezusa, do niebios bram. W wagonach, w których ludzie zachowywali się spokojnie, były lekko uchylone drzwi. Utkwił mi w pamięci jeden wagon. Na brzegu koło drzwi siedziała młoda kobieta, mdlała co chwilę, współpasażerowie podsuwali jej pod nos amoniak, żeby oprzytomniała. Oprzytomniała na chwilę, z olbrzymią rozpaczą wołała dwoje dzieci (widocznie ich rozdzielili), znów mdlała.

Latem 1940 roku wypędzili „panów” z dworu, rozparcelowali majątek, ale nie miał kto na nim pracować. Wydawało się Ukraińcom, że to samo wszystko się zrobi. Zboża nikt nie zebrał, ziemniaków nie wykopał, zmarnowali wszystko. W 1940-41 zapanował głód. Ci, którzy jesienią nie chcieli kopać pańskich ziemniaków, na wiosnę szukali przemarzniętych i przegniłych, i to jedli. Jeśli mieli choć kilka ziarenek zboża, mielili młynkiem do kawy, żeby dzieciom ugotować kaszkę. Ludzie puchli z głodu i umierali. U nas w domu głodu nie było, ojciec pracował w lesie i zawsze coś do jedzenia załatwił. Zbieraliśmy grzyby, maliny, poziomki i nasiona buku, które mama nosiła do sąsiedniej wioski, gdzie robiła z nich olej. Poza tym mieliśmy miód, za który można było coś wymienić.

Na szczęście nas nie zdążyli wywieźć, bo przyszli Niemcy. Zaczął się gorszy horror. Niemcy zajęli się Żydami, Ukraińcy im pomagali. Na początku kilka dni Żydów dręczyli, ośmieszali, kazali im się przebierać w uroczyste szaty, zabrać sztandar, przełożonego żydowskiej gminy wsadzić do taczek i wieść przez wioskę ze śpiewem. Zmęczonych poganiali i bili. Myśmy to wszystko widzieli.

Później zaczęli Żydów mordować i wywozić do obozów. Żydzi uciekali, żeby schować się w lesie, po drodze były rzeki. W tych rzekach podczas przepływania dopadali ich i zabijali. Rzeką płynęły trupy i też to widzieliśmy.

My musieliśmy się wyprowadzić z budynku kolejowego, który zajął po nas Ukrainiec. Mieszkaliśmy u p. Fusów, Hornyków, a później w domu po p. Lachcikach. Jak przyszli Niemcy, w domu tym zamieszkał ich syn, którego nie wywieźli, bo nie było go w domu. On nam udostępnił jeden pokój.

Tamten dom również był blisko torów kolejowych i lasu. Znów widzieliśmy transporty z Żydami. Tak samo zabite okna i zaryglowane drzwi. Żydzi chcieli się ratować, wyskakiwali jakoś przez okna pociągów. Jedni przeżyli i przychodzili do domów przy torach po ratunek, inni zginęli po wyskoczeniu. Tereny wzdłuż torów pokryte były trupami, a później mogiłami, bo nocami Polacy grzebali nieżyjących. Niektórym udało się przeżyć. Chowali się w ziemiankach w lesie. Tam mieszkali też miejscowi Żydzi, których nie udało się złapać. Pamiętam, jak nocą przychodzili do nas po żywność. Mama przygotowywała paczki i żałowała ich. W ziemiance mieszkał zięć p. Gietraja, z żoną i maleńkim dzieckiem urodzonym w ziemiance. On najczęściej przychodził do nas nocą. Pamiętam nocne zamieszanie w domu, którego rodzice nie chcieli mi wyjaśnić.

Ukraińcy współpracowali z Niemcami. Słychać było, jak mówią – Żydami przygotują ciasto na chleb, Polakami będą mieszać? Wiedzieliśmy, że po Żydach przyjdzie kolej na Polaków.

Kiedy ojca zwolnili z pracy na kolei, znalazł pracę w lesie jako leśniczy. Większość Polaków pracowała w lesie, mogli w ten sposób pomagać powstańcom? Mama przygotowywała żywność i my dzieci 10-13-letnie musieliśmy nosić ją do lasu. Mama mówiła, że to obiad dla taty. Później zrozumiałam, że to nie było dla taty. Ja bardzo bałam się chodzić z tymi obiadami i najczęściej chodziła moja młodsza siostra Józia, była odważna. Brat starszy też chętnie poszedł, bo potem siedział resztę dnia na drzewie, żeby go Niemcy do pracy nie zabrali.

W lesie było wówczas strasznie. Były groby po uciekinierach wywożonych do obozów. Były też niepochowane zwłoki, ukryte w krzakach, albo części człowieka – ręce czy nogi sterczące spod kupy zeschłych krzaków. Często były to zwłoki Polaków, którzy zginęli w nieznanych okolicznościach.

Przyszedł rok 1943 i 1944. Ukraińcy zaczęli masowo mordować Polaków. W dzień byli miłymi sąsiadami, a w nocy przyszli i głowę ucięli. Po rzezi w 1943 roku Polacy zaczęli się bać. Ja pamiętam tą masakrę. Opowiadali ludzie, że tak dużo Polaków zamordowali, że brakło desek na trumny. Rozbijali stodoły i z nich robili trumny. Pozwolili zamordowanych pochować. Podczas zbiorowego pogrzebu na wiosce, pewnie żeby się pochwalić co zrobili Polakom.

W 1943 roku jesienią trzeba było się ukrywać. W dzień mieszkaliśmy w domach, w nocy kobiety i dzieci chowały się po piwnicach w polskich domach. Mężczyźni i starsi synowie dyżurowali w wiosce z czym kto miał – broń, widły, łopaty, siekiery, żeby się bronić podczas napadu.

Pewną nocą mężczyźni zobaczyli, że wzdłuż lasu coś się porusza. Zrobili raban, obudzili więcej ludzi, poszli do kościoła, zaczęli dzwonić i transport pod lasem zniknął. Wtedy trzeba się było już bać. Kobiety w dzień chodziły do domów tylko po żywność, dzieci siedziały non stop w piwnicach w polskich domach. Miały za zadanie uciszać maluchy, żeby sąsiedzi Ukraińcy nie wiedzieli, że ktoś tam jest. Ja tak siedziałam całą jesień i zimę z dwuletnim bratem Tośkiem.

Ojciec należał do AK. Jeszcze na początku wojny zbierały się u nas jakieś organizacje, nieraz długo radzili w nocy. Dobrzy sąsiedzi Ukraińcy (tacy też byli) ostrzegli tatę, że u nas za długo…Wtedy już wiedzieliśmy o Katyniu, mieliśmy kolorowe broszury z nazwiskami pomordowanych polskich oficerów.W zimie, na przełomie 1943/1944 ojcu deptali po piętach. Ktoś go ostrzegł, że musi się przenieść gdzieś indziej. Zdecydowali z mamą, że wyjadą do swojej rodzinnej miejscowości. Nam nic nie powiedzieli, pewnej nocy w lutym 1944 roku, do domu, w którym się ukrywaliśmy, przynieśli walizki i powiedzieli, że wyjeżdżamy. Zabraliśmy tylko tyle, ile się zmieściło w dwóch walizkach. Nieśli je tato i starszy brat, a ja i siostra miałyśmy mniejsze tobołki. Mama dodatkowo niosła 2,5-rocznego brata.

W domu zostawiliśmy ukochaną krowę, nazywała się Łysa, kury, kaczki, kota, brat starszy swoje ukochane króliki. Tato 32 ule z pszczołami schowane w ziemiance na zimę. Nawet drzwi od domu nie zamknęliśmy i poszliśmy do stacji kolejowej. Bardzo było tacie żal pszczół, na pewno udusiły się na wiosnę, Ukraińcy ich nie wydostali, bo nie umieli się z nimi obchodzić. Żal nam bardzo było znajomych, koleżanek, kolegów. Nie mogliśmy się z nimi pożegnać, bo nikt nie mógł wiedzieć, że wyjeżdżamy.

Tato ciągle się oglądał, jak szliśmy 1,5 km do stacji, oglądał się też jak wsiadaliśmy do pociągu, później zrozumiałam dlaczego. Dojechaliśmy do Lwowa, tam też kryliśmy się po kątach. Najmłodszy brat płakał, bo był głodny i miał mokro. Strach było wyjść z zakamarka, żeby nas jakiś znajomy Ukrainiec nie zobaczył.

Nadjechał pociąg do Przemyśla, wsiedliśmy, jedziemy. Rodzice wystraszeni, dzieci już nie, bo wiedzieliśmy, że jedziemy do babci do Dąbrowy. Jedziemy jakąś okrężną linią przez lasy, po około dwóch godzinach pociąg stanął. W pociągu mówią, że dalej nie pojedziemy, bo Ukraińcy napadli na pociąg. Znowu strach, że już im nie uciekniemy. Ludzie modlą się w przedziałach, płaczą i czekają, co będzie dalej. Po kilku godzinach pociąg ruszył. No jesteśmy na razie uratowani. W takim strachu dojechaliśmy do Przemyśla. Tam czuliśmy się już lepiej, bo tu ojca nikt nie znał. Pamiętam, że siedzieliśmy całą noc na posadzce w jakimś korytarzu, głodni, zmarznięci, dziecko mokre, bo już nie było w co go przebrać. Po wojnie jak jeździłam do Przemyśla, poznałam ten kącik. Nad ranem wsiedliśmy do pociągu do Rzeszowa, potem znowu przesiadka do Trzciany. Tu byliśmy już u siebie. Do babci do Dąbrowy dotarliśmy przed południem 14 lutego 1944 roku. Nikt się nie przeziębił, nikt po tej podróży nie chorował.

W babci mieszkaliśmy w bardzo trudnych warunkach. Stary dom jednoizbowy, w nim babcia i dziadziu i nas przyjechało sześcioro. W domu tym mieszkaliśmy do 1966 roku – nie wszyscy. Część umarła, część się wyprowadziła na swoje – a dlaczego, to opiszę.

Rodzice czekali aż się skończy wojna, żeby podjąć decyzję, co dalej. Ojciec spokojny, że umknął prześladowcom, niestety nie na długo. Uciekaliśmy przed Ukraińcami, a tu nas spotkało największe nieszczęście. Ojca szukali i tu go znaleźli. Tu w Dąbrowie w listopadzie 7 NKWD zrobiła zasadzkę na AK-owców i ojca zamordowali. Ranili go na drodze i zawlekli do swojego obozu, gdzie dokonali reszty. Jednostka NKWD stacjonowała w Dąbrowie między domem p. Hulka, a, p. Pilarza.

Ojciec nie wrócił na noc do domu. Był u brata, mama była spokojna, że tam śpi. Rano wyprawiła 16-letniego brata od internatu, bo zaczął chodzić do technikum technicznego? W Rzeszowie. Kręcili się ludzie koło naszego domu i mówili, że Ruscy złapali i zabili upowca [żołnierz UPA – przyp. M.S.]. Tak mówili Rosjanie, ale nasi wiedzieli, że to nas tato, tylko nie wiedzieli, jak nam przekazać. Zdobyła się na to ciocia, bratowa mamy. Powiedziała mamie, żeby sprawdziła, czy tato śpi u swojego brata. Mama poleciała i na drodze spotkała tego brata, który też już coś słyszał i szedł sprawdzić, czy tato dotarł do domu.Poszli zobaczyć zabitego, leżał zmasakrowany. Nie miał już zegarka, nie miał zębów (kilka było złotych), w ręku miał karabin, w kieszeni granaty. Oczywiście włożyli mu NKWD-iści i mówili, że tato na nich napadł.

To nie była prawda, bo ludzie z domu obok widzieli, jak do taty strzelali na drodze, przed jednostką. Tato upadł, jeszcze wypowiedział: „O Jezu, co będzie z moimi dziećmi?”.

Mamę i stryja zabrali, zamknęli w suterenach u p. Hulka, zamknęli też resztę dzieci – siostrę, brata i odgrażali się, że nas wystrzelają. Ja tylko jakoś uciekłam im, bo w domu został sam najmłodszy 2,5-letni brat. Wieczorem wypuścili mamę i rodzeństwo z zagrożeniem, że wywiozą nas na Sybir. Znów czekaliśmy spakowani i każdy myślał – nie wywieźli nas na Wschodzie, to nas wywiozą stąd. Nadjechał duży samochód, ale nikt po nas nie przyszedł. Postał kilka godzin i odjechał. Rano jednostki NKWD już nie było, odjechali, bo coś złego działo się na froncie.

Ciała ojca nie oddali, nie pozwolili go pochować, zakopali w błocie. Dopiero po dwóch tygodniach stryj Stanisław, mama i jej brat Józef potajemnie podjechali końmi z trumną, też potajemnie zrobioną przez p. Lachcika, wyciągnęli ojca z błota, trochę ogarnęli i pochowali na cmentarzu w Trzcianie.

Mama została sama bez środków do życia, z czwórką dzieci, wszyscy bardzośmy rozpaczali, nie zostało nam nic innego tylko modlitwa. Mama siadała z cała czwórką i modliliśmy się z książeczki do nabożeństwa. Niektóre modlitwy do dzisiaj pamiętam. Co rano zabierała nas do kościoła w Trzcianie, na poranne nabożeństwa, przystępowaliśmy do komunii i ofiarowaliśmy na ojca. Mama była tak zrozpaczona, że na jednej z mszy nie wiedziała, że już jest komunia. Dopiero pan kościelny, wiedząc, że my codziennie przystępujemy do komunii, przyszedł do ławki po nas.

Aby żyć, 16-letni brat zrezygnował ze szkoły i poszedł do pracy do cegielni w Trzcianie. Niedługo tam pracował, bo było bardzo ciężko. Ktoś mu załatwił pracę na kolei, też ciężką, fizyczną. Pracował przy usuwaniu zniszczonych szyn i podkładał, wymieniał na nowe.

Było bardzo ciężko, nie było co jeść, w co się ubrać. Miałam jedną spódnicę, uszytą ze spadochronu, sztywną jak żelazo. Po skończeniu siódmej klasy poszłam się uczyć szyć do Jadwigi Kocur z Trzciany i uszyłam bratu spodnie do pracy. Nie wiem z czego. Jak zmokły, zrobiły się krótkie, szwy się pomarszczyły, pościągały. Współpracownicy mówili mu: „chłopak, ubrałbyś się w coś innego, bo ludzi straszysz”. Brat był dobrym synem, wszystkie pieniądze – nie było ich wiele – oddawał mamie.

Była u nas wtedy straszna bieda, był głód, nie mówiąc o wszach, pluskwach i karaluchach. Na obiad najczęściej była pamuła, chrobotki, gotowana marchewka, pokrzywa i lebioda zrobiona jak szpinak. Wyjaśnię, co to pamuła i chrobotki.

Pamuła to zmielone na żarnach na grubo żyto i rzucone na gorącą wodę, posolone. Coś w rodzaju krupniku. Chrobotki to ugotowane ziemniaki, utłuczone nie na miałko, z grudkami, połączone z kwaśnym mlekiem albo maślanką. Niesolone.

Były też gotowane liście z kapusty jeszcze nie złożonej w główki, ale były niedobre, gorzkie. Był bób pieczony na kuchni, placki z mąki bobowej (niedobre), kasza jęczmienna ze zmielonego na żarnach jęczmienia.

W 1945 roku warunki trochę nam się poprawiły, bo mama dostała 1 hektar pola z reformy rolnej. Można było coś na nim posiać, posadzić. Żeby było trochę mąki, trzeba było wszystko zemleć na żarnach. Siała też mama proso i tatarkę.  Nosiła to na plecach do sąsiedniej wsi, do kogoś kto miał młynek, aby zrobić trochę kawy.

Mama miała przed wojną lepsze warunki życiowe. Teraz żyła w nędzy, ale nie narzekała, nie psioczyła na los. Słyszeliśmy jak nieraz mówiła do kogoś z sąsiadów, że jej tylko zależy na dzieciach, żeby się nie zmarnowały, wyszły na uczciwych ludzi.

Przed wojną rodzice marzyli, że Władziu będzie inżynierem, a Stefcia i Józia krawcowymi (Tosia jeszcze nie było). Cieszyli się dziećmi. My dziewczyny miałyśmy założone książeczki oszczędnościowe. Miałyśmy dostać zgromadzone pieniądze jak skończymy 18 lat.

Wszystko przepadło, zawalił się świat.

Mama mimo bardzo złych warunków robiła wszystko, abyśmy chodzili do szkoły. Jak było trudno niech świadczy takie zdarzenie. Brat po wyjściu z wojska pracował i chodził do wieczorowej szkoły średniej w Rzeszowie. W Dąbrowie nie było jeszcze elektryczności. Całą noc, przy lampie naftowej opracowywał zadanie, które miało zadecydować o zdaniu semestru. Skończył je, ale w szkole nie złożył. Nie schował do teczki, tylko zostawił na stole. Rano wyskoczyła ze schowka kwoka, która siedziała na jajkach. Wskoczyła na stół i zrobiła kupę na jego pracę. Nie zdążył przepisać, bo musiał iść do pracy, semestru nie zaliczył.

Wszystkie trudności mama pokonała, udało się – troje z nas zdobyło średnie wykształcenie. Władziu nie został inżynierem – został ekonomistą, pracował w elektrowni w Stalowej Woli jako główny księgowy. Stefcia i Józia nie zostały krawcowymi. Stefcia tzn. ja została ekonomistką, Józia rolniczką. Najmłodszy brat Tosiu, którego przed wojną jeszcze nie było – nauczycielem.

Mama przeżyła z nami bardzo ciężkie chwile. W wieku 40 lat została wdową z czwórką dzieci. Nie miała nic tylko te dzieci i dwie ręce. Nie miała wykształcenia. Dorobek został na Wschodzie, ojciec dzieci zamordowany.

Żyła 91 lat, umarła w 1995 roku. Bozia nad nami czuwała i sprawiła, że mama nie zachorowała na jakąś poważną chorobę, bo wówczas znaleźlibyśmy się chyba w domu dziecka.
Bardzo cieszyła się swoimi dziećmi i znów się modliła dziękując Bogu za pomoc. Los więc sprawił, że w tej starej walącej się chatce jednoizbowej mieszkaliśmy z mamą aż do usamodzielnienia.