Z Dąbrowy do Budapesztu
Z Dąbrowy do Budapesztu
Rozmowa z dąbrowianką Panią Ireną Pająk Révainé
Widzieliśmy, że Pani lubi naszą stronę FB i śledzi co się dzieje we wsi, mimo że mieszka już od dawna w stolicy Węgier. Chcieliśmy rozszerzyć naszą działalność o pokazanie losów osób, które opuściły Dąbrowę i swoje życie rodzinne i zawodowe związały z nową ojczyzną. Cieszymy się, iż zgodziła się Pani na podzielenie się swoimi wspomnieniami oraz odsłoniła nam karty historii swojego życia. Na początku proszę opowiedzieć o swojej rodzinie w Dąbrowie?
Urodziłam się w 1958 roku jako czwarte dziecko w rodzinie Pająków. Mieszkaliśmy w domu w górnej części wsi pod adresem Dąbrowa 186.Nasz dom rodzinny do dzisiaj tam stoi.

Zdjęcie z archiwum Pani Ireny Pająk Révainé (rodzinny dom)
Moja mama, Stefania Pająk była sołtysem w Dąbrowie. Ojciec, Jan Pająk pracował na kolei w Dębicy. Najstarsza siostra Albina miała 18 lat i wtedy zdawała maturę. Siostra Halina miała 15 lat, a brat Władysław skończył 10 lat.
Jak pamięta Pani tamtą Dąbrowę z czasów dzieciństwa?
W tamtym czasie nasza wieś bardzo zaczęła się rozwijać. Doprowadzono do wsi prąd. Zaczęła się budowa drogi, wtedy też budowano domy murowane.
Z tego względu, że mama była sołtysem, do naszego domu ciągle przychodzili mieszkańcy wsi z różnymi sprawami. Pamiętam z tamtych czasów takie zdarzenie, że w naszej kuchni na ławkach siedzą starsze panie w dużych bawełnianych chustkach z frędzlami. Ja zazwyczaj siedziałam pod ławką i podsłuchiwałam je. Po pewnym czasie zgłodniałam i zaczęłam objadać frędzle z chust. Mama oczywiście zauważyła to, kiedy one wstały i była przerażona tym co narobiłam. Od tego czasu, kiedy przychodzili interesanci, moja babcia musiała się mną zajmować.
W jaki sposób spędzano na wsi w tamtych latach czas wolny, o ile można mówić, iż wiejskie dziecko miało czas wolny?
Teraz już wiem, że to były najwspanialsze czasy w moim życiu. Jako dzieci musieliśmy dużo pomagać rodzicom w pracy polowej, przy domu. Ale po spełnieniu obowiązków byliśmy wolni. Biegaliśmy po polach, do „baduni” na poziomki. Czekaliśmy, kiedy urośnie marchewka, aby ją zjeść prosto z ziemi. W szkole podstawowej mieliśmy wspaniałych nauczycieli, którzy organizowali we wsi przedstawienia w domu ludowym i cała wieś oglądała nas. Na Noc Świętojańską 24 czerwca wiłyśmy wianki i rzucałyśmy je na wodę, na stawach ze śpiewaniem. Życie towarzyskie, społeczne było na wysokim poziomie (w mojej pamięci). Ludzie chętnie pomagali jeden drugiemu. Każdy znał każdego mieszkańca wsi.
Jak wyglądała edukacja w tamtych latach?
Zaraz na początku pójścia do liceum okazało się, że dzieci miejskie są w o wiele lepszym położeniu, bo kiedy myśmy pomagali rodzicom przy gospodarstwie w pracach polowych, uczniowie z miasta chodzili do teatru, do kina, uczyli się obcych języków. Dużo musiałam się uczyć, aby osiągnąć ten sam poziom. Na szczęście udało mi się i po maturze dostałam się na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie na geografię.
Jak wyglądały studia na najstarszym i najlepszym uniwersytecie w Polsce?
W okresie studiów zaczęłam wyjeżdżać za granicę. Były to wycieczki naukowe do Niemiec, do Rosji (Kijów, Moskwa), Rumunii, Bułgarii. Wszystko układało się wspaniale, do czasu, kiedy miłość zawróciła mi w głowie. Na trzecim roku poznałam Węgra, który studiował matematykę, fizykę, doskonale mówił po polsku. Pod koniec trzeciego roku studiów wyszłam za mąż i zaszłam w ciążę.
Można stwierdzić, iż wejście w dorosłość Pani pokolenia przypadało na wczesne lata 80. XX w., czyli na czasy kryzysu ekonomicznego i politycznego w Polsce. Jak Pamięta Pani tamten okres?
W Polsce były wtedy dosyć ciężkie czasy. W sklepach brakowało prawie wszystkiego. Zdecydowaliśmy się, że tymczasowo wyjedziemy na Węgry i tam się urodzi nasze dziecko: Adrienn Katarzyna. Przyszła na świat w Budapeszcie w 1981 roku. To był bardzo trudny poród, bo nic nie rozumiałam i nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Wtedy nie było wolno mężowi być przy porodzie. W książkach to inaczej wygląda niż na żywo. Na szczęście udało się urodzić bez problemów.
Jak to się stało, że zdecydował się Pani przeprowadzić z Polski na Węgry. Wtedy, jak i dzisiaj, jest to rzadki przypadek trajektorii emigracyjnej. Główną barierą dla potencjalnych emigrantów z Polski jest język.
Mój pobyt trochę się przedłużył, wtedy jeszcze nie myślałam, że zostanę tu na stałe. Języka oczywiście nie znałam, uśmiechałam się do wszystkich i kręciłam głową, że nic nie rozumiem. Był to 1981 rok. Mąż zrezygnował ze studiów, zaczął pracować i stwierdziliśmy, że w Polsce polityczna sytuacja jest niebezpieczna i lepiej będzie zostać na Węgrzech. Ja także niestety też przerwałam studia. W Ambasadzie Węgierskiej w Warszawie złożyłam prośbę o pozwolenie na pobyt stały. Pod koniec 1982 roku dostałam status emigrantki.
Pamiętamy, że 13 grudnia 1981 r. komunistyczny rząd wprowadził w Polsce Stan Wojenny. Działaczy „Solidarności” interweniowano, a wielu ludzi będących poza krajem postanowiło zostać na Zachodzie. Na Pani decyzje o pozostaniu w Budapeszcie również ten kryzys wpłynął. Proszę opowiedzieć, jak wtedy wyglądała Pani sytuacja w obcym kraju.
Od samego początku zamieszkania w tym kraju doświadczyłam, że przysłowie „Polak Węgier dwa bratanki” jest bardzo trafne i prawdziwe. Ktokolwiek dowiedział się, że jestem Polką, okazywał mi duży szacunek, przyjaźń, chęć udzielenia pomocy. Zaraz mówili o Ojcu Bemie (chodzi o generała Józefa Bema). Na Węgrzech tak go nazywają. Prawie każdy Węgier miał jakiś związek z Polakami: spotkania z rodakami na targu albo kontakty z polskimi uchodźcami wojennymi z czasów II wojny światowej. Jednym słowem, czułam się, że mnie przyjmują jak bym była jedną z nich. nosiłam takie wrażenie, iż bardziej mnie cenili niż swoich.
Wiele badań pokazuje, iż głównym czynnikiem udanej integracji w obcej społeczności jest znajomość języka. Niestety język węgierski do łatwych nie należy, zaliczany jest do grupy języków ugryjskich. W przeciwieństwie do Słowackiego, Rumuńskiego Polak nie jest w stanie zrozumieć żadnego słowa. Jak wyglądała nauka tego języka?
Zaczęłam się uczyć języka około dwóch lat. Na początku tylko parę zdań udało mi się przyswoić. Język węgierski jest bardzo trudny, zupełnie inny, nie podobny do polskiego, angielskiego, niemieckiego.
Czy będąc w Budapeszcie nie odczuwała Pani tęsknoty za krajem, rodziną, swoją małą ojczyzną? Czego najbardziej brakowało z Polski?
Brak mi było rodziny, przyjaciół. Aby być bliżej Polski, podjęłam kontakt z ośrodkiem Józefa Bema w Budapeszcie. Kupowałam polskie gazety, czytałam polskie książki. Do tej pory, co parę lat czytam na nowo Trylogię Sienkiewicza, Pana Tadeusza, Chłopów. W czasie czytania na nowo odczuwam nasz przepiękny kraj. To ze mąż mówił po polsku, bardzo spowalniało moja naukę węgierskiego.
A jak wyglądała praca zawodowa i Pani życie po tym okresie by tak rzec aklimatyzacji?
W 1983 roku musiałam zacząć pracować, ba pensja męża nie wystarczała na opłaty wynajmowanego mieszkania i na utrzymanie. Nie znając jeszcze języka, po znajomości zatrudnili mnie na lotnisku, jako sprzątaczkę. W tej pracy poznałam wspaniałych ludzi, prostych, ale bardzo szanowanych. Oni zaczęli mnie uczyć po węgiersku słowami używanymi na co dzień. Zapraszali mnie do swoich domów, i to, że byłam Polką, każdy chciał mi w czymś pomóc.
W 1984 roku urodziła nam się jeszcze jedna córka – Gyöngyvér Bogusława. Niestety, kiedy ona miała 1,5 roku, okazało się, że nasze małżeństwo przeżywa ostatnie godziny i jest nie do uratowania. Zakończyłam urlop macierzyński i wróciłam do pracy. Moja szefowa miała znajomości w radzie dzielnicowej i załatwiła mi mieszkanie. Koleżanki z pracy chodziły ze mną oglądać mieszkania i pomagały wybrać, takie które by mi odpowiadało i oczywiście pomagały mi w jego umeblowaniu. Bardzo serdecznie myślę o tych czasach. Jestem wdzięczna, że naród węgierski, w naszej wspólnej historii, do dzisiaj darzy Polaków przyjaźnią i sympatią. Tak, że ja jestem dumna, że jestem Polką.
Można powiedzieć, że Polacy również darzą sympatią Węgrów. Według badań Centrum Badania Opinii Społecznej Węgrzy znaleźli się po Czechach i Słowakach (biorąc dawne kraje socjalistyczne) jako najbardziej lubiana nacja. Jak się dalej potoczyło życie po rozwodzie?
W 1988 roku drugi raz wyszłam za mąż za Węgra. Urodziły nam się jeszcze dwie córki: Melinda i Viktoria. Długo byłam na urlopie macierzyńskim i po jego zakończeniu musiałam zmienić pracę, aby mieć więcej czasu dla rodziny.
Był to 1999 rok i już dobrze mówiłam po węgiersku. Przyjęli mnie do służby opieki chorych w ich domowym środowisku. Nie miałam w tym zawodzie żadnej praktyki. W pełnieniu tej nowej roli zawodowej mogły mi doświadczenia wyniesione z Dąbrowy. Jako dziecko widziałam, jak pracowała moja mama. Chęć pomocy innym została zasiana chyba już wtedy w mojej podświadomości. Dlatego też zdecydowałam się na tą pracę, gdyż wykonywałam ją w dzień i po jej ukończeniu miałam już wolny czas.
Do rozpoczętej na studiach w Krakowie profesji geografa już Pani nie wróciła?
Po dwóch latach pracy zapisałam się do dwuletniej szkoły Opieka Socjalna i Pielęgniarska. W 40 roku życia dosyć trudno było na nowo zacząć się uczyć, więc na początku uczyłam się na nowo się uczyć. Okazało się, że moja znajomość węgierskiego jest niewystarczająca. Język zawodowy jest zupełnie inny. Przy czwórce dzieci to było prawdziwe wyzwanie. Jako Polka czułam, że muszę z jak najlepszym wynikiem zakończyć tę szkołę. Udało mi się to z wyróżnieniem osiągnąć. Pracując też miałam to przekonanie, że jako obcokrajowiec, moją pracą, moim zachowaniem daję świadectwo o mojej ojczyźnie.
Jak wyglądał sytuacja po przejściu na emeryturę? Jak wygląda życie seniorów na Węgrzech?
Aż do emerytury pracowałam w tym zawodzie, z tym, że po 10 latach przeszłam do klubu seniora. Na Węgrzech to jest podstawowa usługa dla emerytów. W zwykły dzień, między 8-16, po zapisaniu się do klubu za darmo można tu przebywać. Są tam świadczone różne usługi: zdrowotne, porady prawne, pomoc w załatwianiu spraw, gimnastyka i itd. W miastach, każda dzielnica ma kilka takich klubów, które obsługują zameldowanych mieszkańców. W dzisiejszych czasach rodziny już nie mają czasu, aby zająć się starszym pokoleniem, dlatego w 1993 roku rzad wprowadził „Prawo o opiece społeczeństwa”.
W roku 1989 upadł komunizm w tej części Europy. Nastąpiły duże zmiany ekonomiczne, polityczne, społeczne. Jak wielka zmiana wyglądała na Węgrzech?
Od czasu, kiedy tu mieszkam, życie na Węgrzech bardzo się zmieniło. W 1989 roku nastąpiła zmiana z socjalizmu na kapitalizm i demokrację. Sprzedano wiele państwowego majątku, zlikwidowano wiele fabryk, zakładów pracy itd.
To przyniosło ze sobą bezrobocie, pogorszenie poziomu społecznego bezpieczeństwa, pojawienie się bezdomnych na ulicach, emigrację ludzi za granice itd. Powoli kraj zaczynał ubożeć. Zaczęło się rozbicie społeczeństwa na biednych i bogatych. Kto miał pracę to sobie potrafił zapewnić odpowiednią stopę życia. Pojawiła się nowa klasa bardzo bogatych, którzy mieli pieniądze, aby wykupić majątek państwowy i zaczęli nowe interesy rozwijać.
Gdyby podobne pytanie zadać przeciętnemu Polakowi, to można przypuszczać, iż analogicznie opisałby transformację. Kapitalizm polityczny, przejmowanie masy upadłościowej przez byłych partyjnych towarzyszy, złodziejska prywatyzacja czy też jak mówią w byłym ZSRR rozdrapyzacja i wyprzedaż majątku narodowego pod pretekstem racjonalizacji i prywatyzacji to były główne grzechy jakie popełniono podczas transformacji w całym bloku byłych państw postsowieckich. Pod tym względem skutki wprowadzania kapitalizmu okazały się dotkliwe dla klasy pracującej i mieszkańców wsi. Na majątku uwłaszczyła się nomenklatura. Warto jeszcze wspomnieć o zmianach społecznych i kulturowych, które pojawiły się nieco później.
Społeczeństwo zaczęło się zmieniać. Wcześniej ludzie byli bardziej otwarci, chętni do pomocy innemu, mieli dobry humor, żyli w dobrych warunkach. W dzisiejszych czasach ludzie raczej zamknęli się w swoich domach, nie znają sąsiadów i już brak im tego optymizmu życiowego jak dawniej.
Jakie podobieństwa i różnice widzi Pani między Węgrami i Polakami?
Mimo, że węgierski naród zupełnie z innych stron pochodzi (okolice Wołgi i Donu), według mnie bardzo jest podobny z charakteru, ze stosunku do życia o Polaków. Mamy podobną tysiącletnią historię, wiązały nas wspólne rządy, np. Stefan Batory w Polsce, Ludwig Wielki na Węgrzech. Podobnie cierpiały nasze narody żyjąc w obcej niewoli. Być może to nas upodobniło do siebie i zawiązało przyjaźń miedzy dwoma narodami.
Na Węgrzech obok rzymsko-katolickiej wiary jest dużo kalwinów. Węgrzy trochę inaczej traktują wiarę. Rzadziej chodzą do kościoła. W czasie wigili nie ma już postu. W Wielką Sobotę nie ma święcenia koszyczka z pokarmem, tylko w rzadkich przypadkach.
W niedzielę nie świętują tak jak Polacy, traktują ten dzień jak każdy inny. Oczywiście są wyjątki. Kuchnia węgierska różni się od polskiej. Używają dużo czerwonej papryki, lubią na ostro gotować. Ale odkąd otworzono granice, zaczyna dominować międzynarodowa kuchnia, zwłaszcza w młodszym pokoleniu.
Jak aktualnie wygląda Pani życie rodzinne w Budapeszcie, co robią córki?
Z rodziną mamy mały domek z ogrodem w Budapeszcie, mieszkam z córką i jej rodziną. Dom nieduży, ale jest dla nas wystarczający. Żyje się podobnie jak w Polsce.

Rodzina Pani Ireny Pająk Révainé (córki z wnukiem)
Dzieci ukończyły studia, jedna córka wyszła za mąż w Rzymie. Druga z rodziną mieszka w Anglii. Dwie pozostałe córki mieszkają w Budapeszcie. Mój mąż zmarł w 2018 roku. Jego rodzeństwo rozjechało się po całych Węgrach. Kontakty z nimi były zawsze dosyć dobre, wspólne wczasy, święta. Od śmierci męża już rzadziej się widzimy, ja nie mam samochodu i oni rzadko przyjeżdżają do miasta.
Czy odwiedza Pani rodzinę w Polsce?
Do Polski zazwyczaj przyjeżdżamy co pięć lat. W międzyczasie prawie, co roku przyjeżdża do nas ktoś z rodziny. Ostatnio byłam w kraju, jak moja siostra Halinka obchodziła 80 rocznicę urodzin, w ubiegłym roku.
Niestety nie za często mam możliwość przyjeżdżać. Ale za każdym razem, kiedy jestem w Dąbrowie wychodzę na górkę, gdzie mieszka mój brat i patrzę na wieś, na główną drogę (dawna E4), na pociągi jadące po torach, na lasy w Klęczanach. Ten widok zostanie w moim sercu na zawsze.
Czego najbardziej Pani brakuje z Polski?
Dla mnie, to Polska jest moją ojczyzną, tu mam swoje korzenie. Najbardziej brakuje mi rodziny, za rzadko spotykam się z moim rodzeństwem i ich rodzinami. Brakuje tego, że nie mogę iść w niedziele na grilla, razem wybrać się na spacer.
Czy nie myślała Pani o powrocie do kraju?
Trudno by było na nowo wrócić do Polski, bo nasz kraj też przeszedł wielkie zmiany. Zmieniła się wieś, miasta, język polski, ludzie a nawet krajobraz jest inny. Lasy zbliżyły się do wsi (chodzi o zarastanie drzewami nieużytków), pola inaczej wyglądają.
Zostawiłam moją ojczyznę, ale dostałam nową. Dlatego w 2018 roku poprosiłam o obywatelstwo węgierskie. Wtedy uświadomiłam sobie, że już nigdy nie wrócę na stale do Polski, ze względu na moje dzieci, moich przyjaciół. Już tu czuję się w domu, ale moje serce będzie na zawsze rozdwojone. W ubiegłym roku przeszłam na emeryturę. Od tego czasu bardzo często jeżdżę na wycieczki po całych Węgrach. Jest tu wiele pięknych miejsc i ze znajomymi postanowiliśmy, że je poznamy.
Serdecznie dziękuję za rozmowę, życzę dużo zdrowia oraz częstych odwiedzin w naszych stronach.
Rozmawiał: Piotr Długosz